Dziś podobno Dzień Teściowej. Jako osoba, która teściowej nie ma (teścia, zresztą, także nie), mogę o tym sobie rozmyślać i pisać zupełnie bez emocji oraz dylematów w stylu "jasna cholera, trzeba zadzwonić, bo się babsko obrazi", które są ponoć udziałem znakomitej części ludzkiej populacji. Oczywiście, tej, która teściową ma. Dobitnie świadczą o tym liczne dowcipy o teściowej, w których los tej ostatniej jest na ogół przesądzony - spada z urwiska, wylatuje przez okno, a w najlepszym razie stoi długo pod drzwiami, a synowa lub zięć udają, że ich nie ma w domu. To ostatnie czynią, zresztą, tylko do czasu. Bo gdy potrzebują, by "mamusia" przyszła popilnować wnuczka, wnuczki lub obojga na raz, drzwi otwierają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a "mamusia" witana jest w reweransach. Bo w takich razach teściowa staje się babcią i ta metamorfoza wystarczy, żeby z niemile widzianego gościa stać się gościem niecierpliwie wyczekiwanym.
Podobno właśnie ten wkład teściowej w trud wychowywania dzieci swoich dzieci stał się przyczyną ustanowienia Dnia Teściowej. Jako pierwsi dostrzegli taką potrzebę Francuzi, co nawet dziwne nie jest, zważywszy, że w ich języku teściowa brzmi dumnie:
la belle-mère, czyli w wolnym przekładzie "piękna matka". Prawda, że miło? Lepsze to od naszej teściowej, która kojarzy się nie wiadomo z czym, ale na pewno z niczym przyjemnym, o świekrze nie wspominając, której łacińskiego pochodzenia (
socrus) nikt już nie pamięta, a samo słowo brzmi podejrzanie blisko ścierki, a w najlepszym razie świerku. Anglosasi załatwili sprawę "legalistycznie", nazywając teściową "matką z mocy prawa" (
mother-in-law), co świadczy o ich ogromnym takcie i ostrożności procesowej. Tak czy siak, francuska teściowa ma najwięcej powodów do satysfakcji, bo każda kobieta lubi, gdy się o niej mówi "piękna". Tę sielankę burzy wprawdzie fakt, że
la belle mère znaczy także... macocha, co już nie kojarzy się tak dobrze, ale nie czepiajmy się szczegółów - w końcu nikt raczej nie pomyli teściowej z macochą! Chociaż...
Tak sobie dywaguję luźno i nieco lingwistycznie, a w tyle głowy mam świadomość, że wprawdzie teściowej nie mam (moja świętej pamięci teściowa in spe zmarła, nim została moją teściową de facto oraz de iure), ale za to sama mogę już niedługo teściową zostać ("niedługo" proszę traktować w kategoriach pojęć względnych). I czasem zastanawiam się, czy będę bardziej
belle-mère,
mother-in-law, czy może - nie daj Boże - świekrą (brrr!). I czy 5 marca moje dzieci, a raczej ich współmałżonkowie będą do mnie dzwonić z czystej sympatii, czy z czystego obowiązku. Cóż, może jakimś wyjściem z sytuacji jest delikatne podsunięcie któremuś z dzieci współmałżonka rodem z Heksagonu. Wtedy przynajmniej jeden z moich zięciów lub synowa będzie zmuszona mówić o mnie
belle-mère. No, chyba że nauczy się polskiego, a wtedy mam przechlapane!