Recenzje „Rzezi” Polańskiego są różne – od entuzjastycznych po chłodne. W takich wypadkach – nie ma zmiłuj – trzeba sprawdzić samemu. No to sprawdziłam. I nie żałuję. Filmu wprawdzie nie nazwałabym komedią, choć znalezienie właściwej kategorii już nie jest takie oczywiste. Małżeńska tragifarsa? Dramat obyczajowy z elementami komediowymi?
Mniejsza o definicje. Teksty Yasminy Rezy – autorki sztuki, na podstawie której Roman Polański nakręcił „Rzeź” (tytuł oryginalny dramatu: „Bóg mordu”), a także współautorki scenariusza, często wymykają się łatwym kwalifikacjom. Wystarczy przypomnieć „Sztukę”, która zresztą w jakiś sposób z „Rzezią” mi się kojarzy. Zwykle są jednak gwarancją inteligentnego dialogu, wnikliwych obserwacji psychologicznych i obyczajowych i – summa summarum – dobrej zabawy.
W „Rzezi” sprawdza się to w stu procentach. Słowne potyczki dwóch par małżeńskich, choć w ostatecznym rozrachunku smakują dosyć gorzko, co chwila powodują salwy śmiechu. Śmiechu, nie rechotu – co jest już wartością samą w sobie. Doskonale nakreślone, wyraziste postacie zostały zagrane koncertowo. Sama nie wiem, kto był najlepszy, choć gdyby mnie przyparto do muru, chyba postawiłabym na duet (niemałżeński) Foster-Waltz. Co nie znaczy, że Winslet i Reilly byli słabi – o, nie!
Najlepsze jednak w filmie Polańskiego jest to, że już po wyjściu z kina, kiedy widz nacieszy się płynącą z filmu zjadliwą diagnozą na temat obłudnej ogłady amerykańskiej klasy średniej, nagle pojawia się refleksja rodem z Gogola: sami z siebie się śmiejecie.
sobota, 28 stycznia 2012
czwartek, 26 stycznia 2012
Kot, który latał
Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło. Tak twierdził Szekspir. Nie przewidział jednak, że pewnego dnia powstanie instytucja zwana PAP, której śnią się różne rzeczy, w tym prawdziwe cuda.
Jak na przykład, latające… koty.
Tak się jakoś złożyło, że od dłuższego czasu jestem szczęśliwą posiadaczką dostępu do Serwisu Samorządowego Polskiej Agencji Prasowej. Otrzymuję go pocztą elektroniczną, regularnie, prawie co dzień. Przeglądam rzadko i pobieżnie, bo i czasu mało, i zainteresowania ostatnio mało samorządowe. Okazuje się jednak, że niesłusznie, oj, niesłusznie. Newsletter.sais.pap to bowiem źródło niezwykłych informacji. Lub może raczej Informacji Niezwykłych.
Jak choćby ta: „Toruń: Miasto pomaga rysiom. Dzięki pomocy miasta w toruńskim Ogrodzie Zoobotanicznym przy ul. Bydgoskiej powstały nowe woliery dla kotowatych (…)”. WOLIERY. DLA KOTOWATYCH. Cud, nieprawdaż? Bo woliera to – jak głosi Słownik Języka Polskiego PWN, obszerne pomieszczenie w ogrodach zoologicznych, osłonięte siatką, przeznaczone dla ptaków latających. Z tego jasny wniosek, że w toruńskim Ogrodzie Zoobotanicznym pojawił się nowy gatunek – Lynx volucer. Ryś latający.
Nie jestem pewna, czy dyrektor OZ w Toruniu był tego cudownego faktu świadomy, ale po tej informacji rodem z PAP już pewnie jest i o Polsce za chwilę głośno będzie nie tylko z powodu niepłacenia przez jej obywateli abonamentu radiowo-telewizyjnego. Już widzę te nagłówki: Polska - kraj latających kotów. Lub coś w tym rodzaju. No, chyba że Serwis Samorządowy PAP czytają wyłącznie Rysie. W dodatku latające.
Jak na przykład, latające… koty.
Tak się jakoś złożyło, że od dłuższego czasu jestem szczęśliwą posiadaczką dostępu do Serwisu Samorządowego Polskiej Agencji Prasowej. Otrzymuję go pocztą elektroniczną, regularnie, prawie co dzień. Przeglądam rzadko i pobieżnie, bo i czasu mało, i zainteresowania ostatnio mało samorządowe. Okazuje się jednak, że niesłusznie, oj, niesłusznie. Newsletter.sais.pap to bowiem źródło niezwykłych informacji. Lub może raczej Informacji Niezwykłych.
Jak choćby ta: „Toruń: Miasto pomaga rysiom. Dzięki pomocy miasta w toruńskim Ogrodzie Zoobotanicznym przy ul. Bydgoskiej powstały nowe woliery dla kotowatych (…)”. WOLIERY. DLA KOTOWATYCH. Cud, nieprawdaż? Bo woliera to – jak głosi Słownik Języka Polskiego PWN, obszerne pomieszczenie w ogrodach zoologicznych, osłonięte siatką, przeznaczone dla ptaków latających. Z tego jasny wniosek, że w toruńskim Ogrodzie Zoobotanicznym pojawił się nowy gatunek – Lynx volucer. Ryś latający.
Nie jestem pewna, czy dyrektor OZ w Toruniu był tego cudownego faktu świadomy, ale po tej informacji rodem z PAP już pewnie jest i o Polsce za chwilę głośno będzie nie tylko z powodu niepłacenia przez jej obywateli abonamentu radiowo-telewizyjnego. Już widzę te nagłówki: Polska - kraj latających kotów. Lub coś w tym rodzaju. No, chyba że Serwis Samorządowy PAP czytają wyłącznie Rysie. W dodatku latające.
Etykiety:
kotowate,
Ogród Zoobotaniczny,
PAP,
ryś,
Samorządowy Serwis PAP,
Toruń,
woliera
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Spis… kowa teoria dziejów
Parę dni temu koleżanka spytała mnie ni z tego ni z owego, czy mnie spisano. Najpierw się wystraszyłam, bo „spisywanie” skojarzyło mi się natychmiast z działaniami jakichś służb kontrolnych - Straży Miejskiej czy innej policji, które spisują niegrzecznych kierowców, co zwykle ma nieprzyjemnie konsekwencje finansowe. Nie, żebym była niegrzecznym kierowcą, ale nawet najgrzeczniejszym zdarza się być spisanym, nieprawdaż?
Okazało się jednak, że pytanie dotyczyło czegoś zgoła innego, co mandatem nie grozi - mianowicie spisu powszechnego. Spisu, który – jak sobie uświadomiłam – faktycznie był, a co więcej, już się skończył. A mnie nie spisano. Nie spisano też owej koleżanki, jej męża i dzieci, nie spisano mojego ojca, mojej siostry, moich sąsiadów. Na dobrą sprawę, nie spisano nikogo ze znanych mi osób.
A mimo to, spis się zakończył, GUS go podsumował (sprawdziłam na stronie www GUS-u) i na tej podstawie cały świat zobaczy nowy obraz polskiego społeczeństwa. Co gorsza, dopiero wszedłszy na stronę GUS-u dowiedziałam się, że spisanie się (lub danie się spisać) było moim obywatelskim obowiązkiem. Że jeśli rachmistrz nie zawitał w moje progi, to znaczy, że spisano mnie niejako zaocznie, ściągając moje dane z różnych (???!) rejestrów. Że te dane powinnam była zweryfikować, logując się na stronie GUS-u.
Niestety, rachmistrze mnie olali. A ja żadnych danych nie zweryfikowałam. I obawiam się, że takich jak ja jest całkiem sporo, a wszyscy od teraz możemy śmiało nazywać siebie błędem statystycznym. Umberto Eco lub inny Dan Brown pewnie stworzyliby jakąś wstrząsającą historię, sugerując, komu mogło zależeć na tym, by spis powszechny w Polsce pominął tego czy owego i co z tego wynikło. Ot, taki spisek wokół spisu. Swoją drogą, może faktycznie...?
Okazało się jednak, że pytanie dotyczyło czegoś zgoła innego, co mandatem nie grozi - mianowicie spisu powszechnego. Spisu, który – jak sobie uświadomiłam – faktycznie był, a co więcej, już się skończył. A mnie nie spisano. Nie spisano też owej koleżanki, jej męża i dzieci, nie spisano mojego ojca, mojej siostry, moich sąsiadów. Na dobrą sprawę, nie spisano nikogo ze znanych mi osób.
A mimo to, spis się zakończył, GUS go podsumował (sprawdziłam na stronie www GUS-u) i na tej podstawie cały świat zobaczy nowy obraz polskiego społeczeństwa. Co gorsza, dopiero wszedłszy na stronę GUS-u dowiedziałam się, że spisanie się (lub danie się spisać) było moim obywatelskim obowiązkiem. Że jeśli rachmistrz nie zawitał w moje progi, to znaczy, że spisano mnie niejako zaocznie, ściągając moje dane z różnych (???!) rejestrów. Że te dane powinnam była zweryfikować, logując się na stronie GUS-u.
Niestety, rachmistrze mnie olali. A ja żadnych danych nie zweryfikowałam. I obawiam się, że takich jak ja jest całkiem sporo, a wszyscy od teraz możemy śmiało nazywać siebie błędem statystycznym. Umberto Eco lub inny Dan Brown pewnie stworzyliby jakąś wstrząsającą historię, sugerując, komu mogło zależeć na tym, by spis powszechny w Polsce pominął tego czy owego i co z tego wynikło. Ot, taki spisek wokół spisu. Swoją drogą, może faktycznie...?
Etykiety:
Dan Brown,
gusty,
spis powszechny,
spisek,
spiskowa teoria dziejów,
statystyka,
Umberto Eco
niedziela, 15 stycznia 2012
Małżeńskie dialogi samochodowe
Posiadanie samochodu ma liczne zalety. Wygoda, mobilność, niezależność od kapryśnych rozkładów jazdy komunikacji miejskiej i dalekobieżnej. Wymieniłam tylko te najbardziej oczywiste, a są przecież i inne - jak choćby ta, o której mówi psychoanaliza, ustalając relację między wielkością posiadanego samochodu a męskiego ego.
Moje ego samochodu nie potrzebuje, być może dlatego, że jest żeńskie. W posiadaniu samochodu dostrzegam jednak jeszcze jedną zaletę. Otóż, samochód jest rewelacyjnym narzędziem do testowania miłości małżeńskiej.
Kiedy bowiem mąż i żona wsiadają razem do samochodu, w 90 przypadkach na 100 ich wspólna jazda odbywa się według ściśle określonego scenariusza. W dwóch wariantach - gdy za kierownicą siedzi On i gdy za kierownicą siedzi Ona.
W wariancie pierwszym, Ona co jakiś czas podpowiada: nie pędź tak, zwolnij, uważaj, błagam, przecież nigdzie się nie spieszymy...! Prawa noga boli ją od wirtualnego hamowania, a szczęki od zaciskania. On zaś niezmiennie odpowiada: przestań, nie dogaduj, jadę ledwie 70-ką.
W wariancie drugim, Ona prowadzi, a jego kwestie brzmią mniej więcej tak: jedź, no jedź, zmień pas, nie wlecz się lewym, uważaj, masz czerwone! Ona: przecież jadę, widzę, że czerwone, nie jestem ślepa, jak ci nie pasuje, sam prowadź!
W obu wariantach ukoronowaniem wspólnej jazdy jest horror parkowania. Z samochodu wysiadają wściekli, każde przekonane o swojej racji - ona o tym, że on jeździ jak wariat i samobójca (oraz zabójca, bo przecież w samochodzie nie siedzi sam), on, że ona jest ucieleśnieniem baby za kierownicą, a ten, co jej dał prawo jazdy, powinien zgnić w więzieniu.
I tu należy zacytować słynny i eksploatowany na wszystkich ślubach Pierwszy List świętego Pawła do Koryntian: "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, (...), nie unosi się gniewem, nie pamięta złego...". Bo jeśli nie rozłączy ich samochód, to znaczy, że już chyba nic. No, może tylko śmierć. Ale to już inna historia.
Moje ego samochodu nie potrzebuje, być może dlatego, że jest żeńskie. W posiadaniu samochodu dostrzegam jednak jeszcze jedną zaletę. Otóż, samochód jest rewelacyjnym narzędziem do testowania miłości małżeńskiej.
Kiedy bowiem mąż i żona wsiadają razem do samochodu, w 90 przypadkach na 100 ich wspólna jazda odbywa się według ściśle określonego scenariusza. W dwóch wariantach - gdy za kierownicą siedzi On i gdy za kierownicą siedzi Ona.
W wariancie pierwszym, Ona co jakiś czas podpowiada: nie pędź tak, zwolnij, uważaj, błagam, przecież nigdzie się nie spieszymy...! Prawa noga boli ją od wirtualnego hamowania, a szczęki od zaciskania. On zaś niezmiennie odpowiada: przestań, nie dogaduj, jadę ledwie 70-ką.
W wariancie drugim, Ona prowadzi, a jego kwestie brzmią mniej więcej tak: jedź, no jedź, zmień pas, nie wlecz się lewym, uważaj, masz czerwone! Ona: przecież jadę, widzę, że czerwone, nie jestem ślepa, jak ci nie pasuje, sam prowadź!
W obu wariantach ukoronowaniem wspólnej jazdy jest horror parkowania. Z samochodu wysiadają wściekli, każde przekonane o swojej racji - ona o tym, że on jeździ jak wariat i samobójca (oraz zabójca, bo przecież w samochodzie nie siedzi sam), on, że ona jest ucieleśnieniem baby za kierownicą, a ten, co jej dał prawo jazdy, powinien zgnić w więzieniu.
I tu należy zacytować słynny i eksploatowany na wszystkich ślubach Pierwszy List świętego Pawła do Koryntian: "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, (...), nie unosi się gniewem, nie pamięta złego...". Bo jeśli nie rozłączy ich samochód, to znaczy, że już chyba nic. No, może tylko śmierć. Ale to już inna historia.
Etykiety:
jazda samochodem,
małżeństwo,
miłość,
mąż,
samochód,
żona
sobota, 14 stycznia 2012
Bezsenność w Chorwacji
Wczorajszy wieczór spędziłam w teatrze Polonia. Niespodziewanie, bo bilety zaoferowała mi koleżanka z pracy, którą zmogło jakieś choróbsko. Koleżance współczuję (Pani Justyno, życzę zdrowia!), ale losowi jestem wdzięczna. Gdyby nie ten zbieg okoliczności, nie wiem, czy z własnej woli wybrałabym się na "Ucho, gardło, nóż" - monodram Krystyny Jandy.
Z Krystyną Jandą mam bowiem od lat pewien problem. Z jednej strony przez całe dekady irytowała mnie niepomiernie w swoich licznych filmowych wcieleniach, zawsze - przynajmniej w moim odczuciu - będąc bardziej Krystyną Jandą niż graną postacią. Z drugiej, dane mi ją było obejrzeć w kilku spektaklach teatralnych, po których ze zdumieniem kręciłam głową, myśląc "kurczę, to jednak świetna aktorka". I tak, za każdym razem, gdy idę do teatru lub kina, gdzie mam się spotkać z panią Krystyną, targa mną niepewność, jak będzie tym razem. Kogo zobaczę na deskach/ekranie?
Wczoraj, po blisko dwugodzinnym spektaklu mogę powiedzieć bez wahania: ten wieczór spędziłam z Tonką Babić. Serbką, cierpiącą na bezsenność w Chorwacji. Chorwacji przepełnionej powojenną traumą. Którą Tonka dzieli się z widownią teatru Polonia.
Nie będę opisywała spektaklu, bo chyba nie potrafię. Dwie godziny siedziałam jak przykuta do krzesła i nawet nie miałam ochoty wyjść na przerwę. Wściekła na cały świat, skrzywdzona, zalękniona, ale niepozbawiona poczucia humoru Tonka stała mi się okropnie (słowo dobrane celowo) bliska. Zbyt bliska. Bliska tak bardzo, że przez jakiś czas będę miała wyrzuty sumienia, że kiedy ona nie może spać, bo dręczą ją koszmary tamtej wojny, ja śpię spokojnie. Śpię, choć i dziś w różnych miejscach świata, czasem nawet całkiem blisko, ludzie mordują się nawzajem.
Przez jakiś czas będę miała wyrzuty sumienia. Przez jakiś czas.
Z Krystyną Jandą mam bowiem od lat pewien problem. Z jednej strony przez całe dekady irytowała mnie niepomiernie w swoich licznych filmowych wcieleniach, zawsze - przynajmniej w moim odczuciu - będąc bardziej Krystyną Jandą niż graną postacią. Z drugiej, dane mi ją było obejrzeć w kilku spektaklach teatralnych, po których ze zdumieniem kręciłam głową, myśląc "kurczę, to jednak świetna aktorka". I tak, za każdym razem, gdy idę do teatru lub kina, gdzie mam się spotkać z panią Krystyną, targa mną niepewność, jak będzie tym razem. Kogo zobaczę na deskach/ekranie?
Wczoraj, po blisko dwugodzinnym spektaklu mogę powiedzieć bez wahania: ten wieczór spędziłam z Tonką Babić. Serbką, cierpiącą na bezsenność w Chorwacji. Chorwacji przepełnionej powojenną traumą. Którą Tonka dzieli się z widownią teatru Polonia.
Nie będę opisywała spektaklu, bo chyba nie potrafię. Dwie godziny siedziałam jak przykuta do krzesła i nawet nie miałam ochoty wyjść na przerwę. Wściekła na cały świat, skrzywdzona, zalękniona, ale niepozbawiona poczucia humoru Tonka stała mi się okropnie (słowo dobrane celowo) bliska. Zbyt bliska. Bliska tak bardzo, że przez jakiś czas będę miała wyrzuty sumienia, że kiedy ona nie może spać, bo dręczą ją koszmary tamtej wojny, ja śpię spokojnie. Śpię, choć i dziś w różnych miejscach świata, czasem nawet całkiem blisko, ludzie mordują się nawzajem.
Przez jakiś czas będę miała wyrzuty sumienia. Przez jakiś czas.
Etykiety:
Chorwacja,
Krystyna Janda,
Polonia,
Serbia,
teatr,
Teatr Polonia,
Tonka Babić,
Ucho gardło nóż,
Verdana Rudan,
wojna
piątek, 13 stycznia 2012
Aniela Dulska to ja
Naprawdę, nie sądziłam, że kiedyś wypowiem takie zdanie. Pani Bovary to ja – to co innego! Skoro nawet Flaubert tak mówił… Była wprawdzie niezrównoważoną i egzaltowaną histeryczką, która skończyła marnie, ale przynajmniej można ją nazwać osobą nieprzeciętną, pełną namiętności romantyczką. Ale Aniela D.? Ta drobnomieszczańska hipokrytka? Specjalistka od prania brudów we własnym domu?
A jednak. Wczoraj, po obejrzeniu spektaklu „Moralność pani Dulskiej” w warszawskim teatrze Współczesnym, musiałam zweryfikować swój stosunek do pani Anieli. I w ogóle pozbyć się wszystkich klisz i stereotypów narosłych wokół tragifarsy mieszczańskiej Zapolskiej. Musiałam przyznać – z satysfakcją, nie powiem – że nawet z tak do cna ogranej lektury szkolnej można zrobić coś świeżego i dającego do myślenia.
Tu składam ukłon w stronę Agnieszki Glińska, która ten spektakl wyreżyserowała. Przeniosła „Dulską” w lata 20.-30. ubiegłego wieku, mocno odkurzyła i zinterpretowała na nowo. Nie czyniąc gwałtu na tekście, wprowadziła kilka sprytnych zabiegów, które spowodowały, że mimo lekko archaicznego już języka, tekst brzmi nad podziw współcześnie. Te wszystkie „mamcie”, „ciotunie”, „pensje”, „kokoty” podawane są z lekkością i dystansem, jakby aktorzy puszczali do nas oko. Atmosfera domu Dulskich jako żywo przypomina współczesne M3, 4 lub 5, gdzie każdy mówi bardziej do siebie niż do innych, wszyscy gadają równocześnie, nikt nikogo naprawdę nie słucha. A kiedy już dojdzie do głośnej awantury, głównym zmartwieniem jest to, by jej nie usłyszeli sąsiedzi za ścianą. Bo te nasze ściany przecież takie cienkie…
Scenografia – skromna, rzekłabym – minimalistyczna. I dobrze – po co inna? Obsada – świetna, choć jeszcze mało znana (większość aktorów widziałam na scenie po raz pierwszy, może dlatego, że dawno nie byłam we Współczesnym, ale informacje zaczerpnięte z sieci zdają się potwierdzać, że to młody zespół). Właściwie trudno by mi było wymienić słabą rolę – oklaski dla wszystkich, a zwłaszcza dla Marcina Januszkiewicza w roli Zbyszka, Moniki Pikuły w roli Hesi, Weroniki Nockowskiej jako Julasiewiczowej... - za chwilę wymienię całą obsadę. No, dla wszystkich, po prostu! A przede wszystkim dla Moniki Krzywkowskiej – wspaniałej Anieli Dulskiej.
Anieli, którą – wbrew doświadczeniom wyniesionym ze szkolnej lektury i wcześniejszych inscenizacji – musiałam odczytać na nowo. Dostrzec w niej osobę o wiele bardziej złożoną niż podpowiadają klasyczne i mało – jak widać – wnikliwe interpretacje tekstu Zapolskiej. Kobietę, której nie polubiłam, ale której umiem współczuć. Z którą mogę się – choć niechętnie – utożsamić.
Interesujące doświadczenie. Polecam.
A jednak. Wczoraj, po obejrzeniu spektaklu „Moralność pani Dulskiej” w warszawskim teatrze Współczesnym, musiałam zweryfikować swój stosunek do pani Anieli. I w ogóle pozbyć się wszystkich klisz i stereotypów narosłych wokół tragifarsy mieszczańskiej Zapolskiej. Musiałam przyznać – z satysfakcją, nie powiem – że nawet z tak do cna ogranej lektury szkolnej można zrobić coś świeżego i dającego do myślenia.
Tu składam ukłon w stronę Agnieszki Glińska, która ten spektakl wyreżyserowała. Przeniosła „Dulską” w lata 20.-30. ubiegłego wieku, mocno odkurzyła i zinterpretowała na nowo. Nie czyniąc gwałtu na tekście, wprowadziła kilka sprytnych zabiegów, które spowodowały, że mimo lekko archaicznego już języka, tekst brzmi nad podziw współcześnie. Te wszystkie „mamcie”, „ciotunie”, „pensje”, „kokoty” podawane są z lekkością i dystansem, jakby aktorzy puszczali do nas oko. Atmosfera domu Dulskich jako żywo przypomina współczesne M3, 4 lub 5, gdzie każdy mówi bardziej do siebie niż do innych, wszyscy gadają równocześnie, nikt nikogo naprawdę nie słucha. A kiedy już dojdzie do głośnej awantury, głównym zmartwieniem jest to, by jej nie usłyszeli sąsiedzi za ścianą. Bo te nasze ściany przecież takie cienkie…
Scenografia – skromna, rzekłabym – minimalistyczna. I dobrze – po co inna? Obsada – świetna, choć jeszcze mało znana (większość aktorów widziałam na scenie po raz pierwszy, może dlatego, że dawno nie byłam we Współczesnym, ale informacje zaczerpnięte z sieci zdają się potwierdzać, że to młody zespół). Właściwie trudno by mi było wymienić słabą rolę – oklaski dla wszystkich, a zwłaszcza dla Marcina Januszkiewicza w roli Zbyszka, Moniki Pikuły w roli Hesi, Weroniki Nockowskiej jako Julasiewiczowej... - za chwilę wymienię całą obsadę. No, dla wszystkich, po prostu! A przede wszystkim dla Moniki Krzywkowskiej – wspaniałej Anieli Dulskiej.
Anieli, którą – wbrew doświadczeniom wyniesionym ze szkolnej lektury i wcześniejszych inscenizacji – musiałam odczytać na nowo. Dostrzec w niej osobę o wiele bardziej złożoną niż podpowiadają klasyczne i mało – jak widać – wnikliwe interpretacje tekstu Zapolskiej. Kobietę, której nie polubiłam, ale której umiem współczuć. Z którą mogę się – choć niechętnie – utożsamić.
Interesujące doświadczenie. Polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
