środa, 5 lipca 2023
Szanowny Panie Zuckerberg...
piątek, 23 czerwca 2023
Tato
Od kilku lat Dzień Ojca świętuję w dwojaki sposób. Primo, towarzyszę mojemu Panu i Władcy, gdy nasze dzieci darzą go należnymi w tych okolicznościach uprzejmościami. Secundo, wspominam mojego tatę, który od kilku już lat wędruje po Połoninach Niebieskich. Choć, szczerze mówiąc, co do tego wędrowania, to mam jednak pewne wątpliwości, bo przez ostatnie lata ziemskiego życia tata wolał raczej siedzieć w ulubionym fotelu i słuchać płyt z nagraniami różnych oper. Może więc i tam siedzi i słucha…?
Tak czy siak, nie rozstrzygając obecnych zajęć taty, wspominam te doczesne, samolubnie koncentrując się na wydarzeniach związanych ze mną. Ewentualnie także moją siostrą, ale to już niekoniecznie. A nazbierało się tego co niemiara! W końcu tata przeżył na tym padole prawie 90 lat, z czego ja towarzyszyłam mu (lub on mnie) przez ponad pół wieku!
Tato odcisnął na moim żywocie trwały ślad. Nie tylko w postaci spuścizny genetycznej (ach, ten charakterystyczny nos Olejników!), ale i sporej liczby wpojonych drogą działań wychowawczych zamiłowań i umiejętności. Z perspektywy czasu oraz szybko zmieniającego się świata, trudno mi jednoznacznie ocenić, czy wszystkie można uznać za wybitnie przydatne. Komu i na co, na ten przykład, umiejętność recytowania z pamięci „Ballad i romansów” pióra Sami-Wiecie-Kogo? Pewnie po nic, ale nie zmienia to faktu, że owe poetyckie kwiaty romantyzmu działają na mnie niczym Proustowska magdalenka – starczy nawet z daleka powąchać wers czy dwa i przed oczyma staje mi tata jak żywy, ze swadą deklamujący takie, dajmy na to, „Lilije”.
Zostawił mi też w spadku miłość do książek. Wspomnieniem szczególnie wzruszającym jest na przykład mój ojciec siedzący przy łóżku swoich chorych córek (jako specjalista od chorób zakaźnych, tata na pewno dokładnie wiedział, na co chorowałyśmy) i czytający nam na głos i niemal z podziałem na role „Działa Nawarony” czy „Potop”. Skutek tej edukacji był taki, że zamiast studiować usilnie przez tatę sugerowaną medycynę, wybrałam filologię, czym go chyba nieco rozczarowałam. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!
Wszystkich jego legatów nie sposób opisać w krótkim tekście. Ale uczciwie trzeba przyznać, że święty nie był. W kufrze z naklejką „spadek po tacie” przechowuję też trochę kompleksów i słabości, które czasem jeszcze dają mi się we znaki, i w których towarzystwie pewnie pomaszeruję na tamten świat, bo jakoś nie umiem się z nimi rozstać. Jedno, czego udało mi się pozbyć, to wszelkie pretensje o ten niekoniecznie potrzebny bagaż. Dzięki czemu, dziś mogę sobie spokojnie obchodzić Dzień Ojca, racząc się wspomnieniami z gatunku tych, od których w sercu robi się ciepło. A niedokończone sprawy i rozmowy? Cóż, liczę, że pociągniemy je i domkniemy po tamtej stronie. Do zobaczenia, tato!
![]() |
| W Łazienkach z tatą i siostrą |
wtorek, 13 czerwca 2023
Gramatyka to mandarynka?
Język fascynuje mnie od dawna. Nie, nie mówię o „narzędziu zbudowanym z mięśni pokrytych błoną śluzową, umieszczonym na dnie jamy gębowej kręgowców” (Encyklopedia PWN). Przedmiotem mojej pasji jest „zespół środków pierwotnie głosowych, wtórnie także innych (jak pismo czy różnego rodzaju sygnalizacje), służących ludziom do porozumiewania się” (tamże). Studiowanie filologii tylko tę fascynację pogłębiło, a uprawianie zawodu tłumacza literatury sprawiło, że do tego niesamowitego narzędzia ludzkiej komunikacji mam szacunek zmieszany z dużą dozą pokory.
„Ortografia to mandarynka” – pisali paryscy studenci na murach Sorbony w maju 1968 roku. I nie chodziło o owoc, ale o formę żeńską słowa „mandaryn”. W ten sposób dawali jasno do zrozumienia, że zbiór językowych reguł może być, podobnie jak inne reguły i zasady, narzędziem ucisku i opresji, czymś na wskroś konwencjonalnym i ograniczającym wolność, a zatem – niepożądanym, wręcz wrogim. Zgodnie z tym oryginalnym hasłem, język winien być swobodny niczym kobiece ciało wyzwolone spod reżimu gorsetu czy biustonosza, a czepiający się błędnej pisowni akademiccy „mandaryni” niech idą do diabła.
Minęło 55 lat i odnoszę wrażenie, że dziś chodzi nie tyle o wyzwalanie języka, ile o jego formowanie stosownie do aktualnych potrzeb kształtowania rzeczywistości. Przykładem takiego podejścia jest wydany przez Amnesty International dokument pt. „Język równościowy”. Tytuł wymowny i niepozostawiający wątpliwości co do intencji, która materializuje się na każdej stronie - język, zarówno w warstwie czysto semantycznej, jak i gramatycznej, ma być narzędziem walki z tym, co autorzy manifestu uznają za dyskryminację.
Kto ma ochotę,
niech sam przeczyta (Język równościowy)
i stwierdzi, czy mu z tymi pomysłami po drodze. Ja z jednymi postulatami jestem
skłonna się zgodzić, z innymi nie, a niektóre wydają mi się wręcz kuriozalne.
Bo choć uważam się za osobę otwartą, tolerancyjną oraz przeciwną
dyskryminowaniu kogokolwiek, raczej nie zastosuję się do rady, by o grupie
koedukacyjnej z przewagą osób rodzaju żeńskiego mówić z użyciem żeńskiej formy
gramatycznej, postponując stary, dobry rodzaj męskoosobowy. „Moje dwie córki,
wnuczka i zięć poszły wczoraj do kina” – nie przejdzie mi chyba przez gardło.
Gardło najwyraźniej za mało postępowe.
Zabawne jednak (a może w jakimś sensie znamienne) jest to, że choć dokument dotyczy języka i ma charakter dydaktyczny, sam zredagowany jest z wyraźnym lekceważeniem reguł języka polskiego. Autorzy nie bardzo się przejmują interpunkcją, tu i ówdzie pojawiają się literówki (miłosiernie nie uznaję ich za błędy ortograficzne), a wyrazy przenoszone są w sposób dosyć fantazyjny. Najwyraźniej przywołana w dokumencie poprawność polityczna nie musi iść w parze z poprawnością językową. Gramatyka to mandarynka?
wtorek, 6 czerwca 2023
Awizo znaczy ostrzeżenie
Nie wiem, jak
ty, miły Czytelniku, ale ja, gdy znajduję w skrzynce na listy tak zwane awizo,
w pierwszej chwili odczuwam głęboki żal. Że w ogóle otworzyłam skrzynkę i to awizo
w niej znalazłam. Ale co było, nie wróci… Zatem już w chwilę później pojawia
się uczucie, którego bardzo, ale to bardzo nie lubię. Lęk.
Tu mała dygresja. Choć lęk i strach w każdym słowniku traktowane są jako pojęcia bliskoznaczne, by nie rzec tożsame, istnieje między nimi istotna różnica. Otóż, jak usłyszałam niedawno od profesora Bralczyka, strach czujemy przed czymś konkretnym, znanym, niejako namacalnym. Np. bólem na fotelu dentystycznym. Doświadczyliśmy, wiemy, czym to pachnie, no to się boimy kolejnego razu. Zaś lęk – o, tu sprawa jest bardziej skomplikowana, a zarazem ulotna. Lęk możemy czuć przed czymś, czego nigdy nie doznaliśmy, czymś, co może nigdy się nie zdarzyć, ba, co nawet nie istnieje!
Nie bez kozery więc piszę, ze awizo budzi we mnie lęk. Bo nigdy, ale to przenigdy nie wiem, co się za tym z pozoru niewinnym świstkiem papieru kryje. I jakoś tak, niestety, zakładam, że nic miłego. Któż bowiem może do mnie pisać coś, co wymaga od tego ktosia absolutnej pewności, że ów przekaz do mnie dotrze? Że odbiorę go osobiście i własnym podpisem ów odbiór potwierdzę? No, kto?
Otóż odpowiedź nasuwa się sama – URZĄD. Taki czy inny - nieistotne. Grunt, że czeka mnie konfrontacja z jakimś organem, który z pewnością (sic!) nie ma wobec mnie dobrych zamiarów, o czym dobitnie świadczy język otrzymywanych tą drogą pism. Język skomplikowany, niemal hermetyczny, a jedynym, co w nim jest czytelne i jasne jak słońce, to bynajmniej niezawoalowane groźby rozmaitych sankcji, jeśli czemuś uchybię.
Drogę na pocztę pokonuję zatem z duszą na ramieniu. Z drżeniem serca odbieram przesyłkę i odczytuję na niej pieczątkę urzędu, który postanowił się ze mną skontaktować. Czasem (rzadko) czeka mnie miła niespodzianka – jak na przykład wtedy, gdy mój wydawca postanowił wysłać mi egzemplarze autorskie przesyłką poleconą (błagam, nie róbcie tego więcej!).
I za każdym razem myślę, że ten system, choć z punktu widzenia urzędowej korespondencji zrozumiały i pragmatyczny, dla obywatela nosi znamiona zwyczajnego sadyzmu. Ktoś powie – skoro nie masz, kobieto, nic na sumieniu, przestrzegasz prawa, płacisz podatki i inne publiczne daniny, to żadne awizo nie powinno ci snu z oczu spędzać. Temu komuś grzecznie sugeruję poczytać Kafkę. I pamiętać, że awizo znaczy ostrzeżenie.
Na zdjęciu: ja, gdy żadne awizo nie czeka w skrzynce
piątek, 3 grudnia 2021
COVID kontra SYSTEM
COVID-19 nie odpuszcza, dyskusja "szczepić się, nie szczepić" trwa w najlepsze, lockdown wisi w powietrzu i tylko święty Mikołaj może nas przed nim uratować. W tym kontekście pewien znajomy opowiedział mi pouczającą historię, którą postanowiłam się z tobą, miły Czytelniku, podzielić. A było to tak...
Ten mój znajomy (imię i nazwisko znane redakcji, ale na potrzeby tego tekstu nazwijmy go Konstanty) jest wśród tych, co się zaszczepili pierwszą i drugą dawką. Tak się jednak złożyło, że (to ważne dla dalszego ciągu opowieści) choć mieszka w Warszawie, obie dawki przyjąć musiał w Pikutkowie Górnym, bo w Warszawie akurat kompletnie nie było szans, a w Pikutkowie można było od ręki. Podjął więc trud i dwukrotnie pokonał trasę stolica - Pikutkowo (180 km w jedną stronę), by w kwietniu stać się szczęśliwym posiadaczem "paszportu COVID-owego". Przy okazji zwiedził sobie Pikutkowo i stwierdził, że - jak to ujął - "turysta nie ma tam czego szukać, ale za to ośrodek zdrowia mają, że ho, ho". Obsłużono go uprzejmie, sprawnie i bez kolejki, bo w Pikutkowie wielu chętnych do szczepienia nie było.
Minęło kilka miesięcy i eksperci uznali, że aby zwiększyć szanse na przeżycie, należy przyjąć trzecią dawkę. Warunki są dwa - pesel 50 plus oraz pół roku odstępu od dawki drugiej. Konstanty postanowił zaufać ekspertom, a ponieważ spełniał oba warunki, odwiedził swoje Indywidualne Konto Pacjenta, oczekując, że znajdzie tam stosowne skierowanie. W duszy żywił nadzieję, że tym razem nie będzie musiał jechać do Pikutkowa, bo jego małżonka właśnie przyjęła trzecią dawkę w pobliskiej aptece.
Odwiedził swoje IKP raz. Odwiedził drugi. Odwiedził trzeci. Nic! Trochę się zirytował, ździebko zaniepokoił, ale jeszcze cierpliwie czekał. W końcu nie od rzeczy jego imię oznacza kogoś stałego i niezłomnego. Po mniej więcej miesiącu próżnych oczekiwań, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zadzwonił na infolinię NFZ. Skracając opowieść, powiem tylko, że wykonał tych telefonów ze dwadzieścia, nim w ogóle ktoś odebrał. Wyłożył swoją sprawę, a uprzejma pani po drugiej stronie kabla westchnęła z głębi piersi i poinformowała Konstantego, że "niestety, system nie działa jak należy, ale ona zrobi to ręcznie". Skierowanie miało się na IKP pojawić lada chwila.
Nie pojawiło się. Ani lada chwila, ani po tygodniu. Konstanty niezłomnie telefonował dalej. Któraś kolejna osoba z infolinii przekierowała go wreszcie do działu technicznego. Zaczęło się telefonowanie pod inny numer. Rano, w południe, po południu. Nic. Wreszcie Konstanty, lekko już zdesperowany, zadzwonił ok. godziny 22, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Uprzejma pani poinformowała go, że do 21.30 to oni oddzwaniają, a odbierają nowe telefony dopiero po tej godzinie. Przechodząc do meritum, zajrzała na IPK Konstantego, pogrzebała w nim trochę i zadała pytanie retoryczne: "Szczepił się pan w Pikutkowie Górnym?" Po czym wyjaśniła, że to wszystko wyjaśnia.
Znów skracając, sprawa wyglądała następująco. Żeby system wygenerował skierowanie na szczepienie trzecią dawką, poza dwoma wyżej wspomnianym warunkami, spełniony być musi jeszcze trzeci - ktoś z placówki podającej dawkę drugą musi kliknąć w systemie opcję "skierowanie zakończone" (chodzi o to pierwsze skierowanie). W sumie, logiczne. Tyle, że aby dojść do tego ostatniego kliknięcia, po drodze trzeba wykonać kilka innych. A - jak to ujęła pani z działu technicznego - "w małych miejscowościach personel nie bardzo sobie z tym radzi". Niestety jednak tylko ów personel może to zrobić, bo ktoś tak właśnie ten system zaprojektował.
Konstanty po raz kolejny postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Grzecznie poprosił panią, by mu jasno i po kolei wyłożyła, jakież to operacje musi wykonać personel w Pikutkowie, gdzie kliknąć i kiedy, by ostatecznie dojść do kliknięcia finalnego. Wykuł to na blachę i... zadzwonił do pięknego ośrodka zdrowia w Pikutkowie. Kiedy wytłumaczył, o co chodzi, pani po drugiej stronie kabla wyraźnie się przestraszyła. Cichcem naradziła się z kimś obok, po czym powiedziała: "Wie pan co? To może lepiej niech pan przyjedzie do Pikutkowa, a my tu pana od ręki zaszczepimy!" Ręczyła przy tym honorem, że wszystko będzie jak trzeba i nawet nowy paszport COVID-owy mu wydrukują.
Konstanty przez chwilę czuł pokusę, by skończyć te męki i faktycznie szarpnąć się do Pikutkowa. Ale przyszło mu do głowy, że przecież nikt zaręczy, że ta trzecia dawka będzie ostatnią. I że jeśli przy czwartej, piątej..., siódmej i tak dalej miałby się za każdym razem wybierać do Pikutkowa, to zwyczajnie nie ma na to ochoty. Aż tak piękny ten ośrodek zdrowia nie jest. Poprosił więc grzecznie panią z ośrodka, by zechciała jednak zmierzyć się z demonem informatyki i przejść się z nim pod rękę ścieżką kliknięć.
Klikali tak sobie przez kolejne kilkanaście minut, by wreszcie dotrzeć do opcji "zakończ skierowanie". Sukces! Konstanty pożegnał się z panią z Pikutkowa, która w międzyczasie stała mu się bliska jak, nie przymierzając, siostra lub szwagierka. Zdarzenie to miało miejsce dwa dni temu. Teraz Konstanty w napięciu odwiedza swoje IKP, wypatrując skierowania na trzecią dawkę. Podobno system generuje skierowania raz w tygodniu. Napięcie rośnie!
PS. W historii tej nie zmyśliłam ani słowa, za wyjątkiem nazwy Pikutkowo Górne. Nie chciałam ujawniać prawdziwej nazwy tej miejscowości, żeby nie narazić na przykrości personelu tamtejszego ośrodka zdrowia. Naprawdę się starali!
| Zdjęcie bez związku z tekstem, ale coś trzeba zamieścić |
sobota, 9 stycznia 2021
Szczepionka widmo
Odkąd szczepionka na COVID-19 została zatwierdzona i dopuszczona, a ludzkość podzieliła się na anty- i pro-szczepionkowców, zaczęłam się zastanawiać, do której grupy należę. Na Fejsie zaroiło się od nakładek typu "Zaszczepię się jak najszybciej", "Nie zaszczepię się za nic w świecie", "Szczepienie albo śmierć" lub "Szczepienie to śmierć", a w mediach co i rusz pojawiały się (i nadal pojawiają) wypowiedzi rozmaitych "autorytetów" (ujmuję w cudzysłów, bo autorytet to rzecz względna), argumentujących za lub przeciw.
Ktoś powie, że nic nowego pod słońcem, w końcu nie ma takiej kwestii, w której cała ludzkość jednogłośnie by się zgodziła, zaś Bozia po to dała rozum, by posłuchać jednych i drugich, sprawę rozważyć, po czym zachować się jak homo sapiens. Sęk w tym, że mam sporo znajomych wśród lekarzy i - ku mojemu utrapieniu - wśród nich zdania też są podzielone. Sama o biochemii, genetyce, wakcynologii oraz innych naukach w tej sprawie przydatnych pojęcie mam mierne, by nie rzec - żadne. Muszę więc komuś zaufać. Ostatecznie padło na moją Przyjaciółkę (wielka litera nieprzypadkowa), która poza tym, że jest specjalistką chorób zakaźnych, jest moją przyjaciółką od przedszkola, co daje okres wystarczająco długi, by zbudować zaufanie solidne jak diament. Przyjaciółka powiedziała jasno: koniecznie się szczepić!
Co ciekawe, okazało się, że jako pracownik placówki medycznej znalazłam się w grupie 0, czyli de facto mogę się zaszczepić natychmiast. Sprawdziłam na portalu pacjent.gov.pl - jest skierowanie! Niestety, nie napisano na nim, gdzie mam się zgłosić, bo widnieje tam jedynie informacja: "kod 9600 - punkt szczepień". Dobra nasza - pomyślałam - punkty szczepień są na pewno gdzieś wylistowane, od czego Internet! I faktycznie, na stronie Ministerstwa Zdrowia lista jak byk. Szybko odnalazłam najbliższy PSzcz., którym okazał się pewien szpital zakaźny. Teraz już tylko zadzwonić i się umówić.
Zadzwoniłam. Odebrała jakaś pani, która w krótkich, żołnierskich słowach poinformowała mnie, że tak dobrze to nie ma, bo mój pracodawca na pewno zgłosił mnie do jakiegoś PSzcz., i muszę się udać właśnie tam. Zaświtało mi w głowie, że rzeczywiście, coś tam na odprawie mówiono o innym szpitalu, zatem nic straconego - zadzwonię i się umówię.
Wykonałam telefon nr 2. Odczekawszy jakieś pół godziny (jak mnie poinformował automat, byłam osiemnasta w kolejce do rozmowy z konsultantem), dostąpiłam zaszczytu rozmowy z pewną panią, która była już mniej konkretna. Na pytanie, kiedy się mogę zgłosić na szczepienie, odrzekła: "Nieeee... My jeszcze nie szczepimy..." Spytana, kiedy zaczną, z rozbrajającą szczerością wyznała, że nie ma pojęcia, i zasugerowała, żebym zadzwoniła do sekretariatu dyrekcji szpitala. Trudno - pomyślałam - jeden telefon więcej mnie nie zabije. Niestety, dyrekcję chyba powalił COVID lub inna zaraza, bo dzwoniłam 19 (sic!) razy i nikt nie odebrał. Na raz 20. nie miałam już siły.
Wtedy do akcji wkroczył mój PiW. Przypomniał, że przecież mamy abonament w prywatnej placówce medycznej, która chwali się wszem i wobec, że przystąpiła do Narodowego Programu Szczepień, więc dajmy spokój publicznej służbie zdrowia i skorzystajmy z tego, co nam się należy jak psu zupa (w publicznej też nam się należy, ale wiadomo, jak jest). Dobra, dzwonię! Powitał mnie budzący nadzieję komunikat: "Dodzwoniłeś się do Grupy Luxmed. Grupa Luxmed przystąpiła do Narodowego Programu Szczepień przeciwko COVID-19..." Wspaniale! Jesteśmy w domu!
Niestety, gdy odczekałam swoje, sympatyczny konsultant wyznał w bardzo zawiłym komunikacie, że na temat szczepień nic nie wie, nie jest też w stanie niczego się dowiedzieć, zatem zachęca, bym zadzwoniła na specjalną infolinię dedykowaną szczepieniom na COVID-19. Infolinia należy do NFZ, więc tam na pewno kompetentnie mnie poinformują, co i jak.
Wykonałam telefon nr 5. Poszło nawet dosyć szybko. Pani, która odebrała miała o sprawie pojęcie mniejsze niż ja o wakcynologii, a dodatkowo operowała językiem polskim, jakby skończyła tylko 5 klas szkoły podstawowej. Na pytanie, czy jako członek grupy 0 mogę się zaszczepić wraz z małżonkiem, odparła z pewnym namysłem, że "taaaak, były takie przypadki", ale ona jednak sądzi, że mój mąż "pod to nie podpada". Kurtyna.
Po tych wszystkich rozmowach czułam się jak Odyseusz w drodze do Itaki, który właśnie się dowiedział, że nigdy tam nie dotrze. Wyszło na to, że właściwie nie ma znaczenia, czy jestem za czy przeciw, bo niezależnie od nastawienia i chęci, może się okazać, że cała ta szczepionka ominie mnie szerokim łukiem. I nawet przynależność do grupy 0 nie jest w stanie zwyciężyć z chaosem organizacyjnym panującym w Pięknym Kraju nad Wisłą. Cóż, poczekam, aż sami do mnie zadzwonią. Ha, ha, ha.
wtorek, 22 grudnia 2020
sobota, 7 listopada 2020
Jesienna ballada
poniedziałek, 2 listopada 2020
Pamięć. Tryptyk
Odwiązuję się...
Odrywam,
odpruwam,
odcinam,
Zostaje rana,
dziura,
wyrwa,
którą może zaszyję
krzywym ściegiem,
koślawo,
żeby było znać.
Listy
Spośród twoich listów,
najbardziej kochane
są te niewysłane.
Słów pisklęta, co jeszcze
nie potrafią latać,
wtulone w ciepłe gniazdo,
oczekują lata.
Wsłuchana w ich świergot,
w każdą myśl skrzydlatą,
wróżę z piórek łopotu
i znaczenia wieszczę.
Spośród twoich listów,
najbardziej kochane
są te niewysłane.
Z twych listów niewysłanych
zrobię origami.
Biały łabędź popłynie -
hen – po rzece wspomnień.
I odnajdzie cię dla mnie.
I przywiedzie do mnie.
Guzik
Znalazłam w szafie guzik
od twojego płaszcza.
Chciałam go wyrzucić.
(Guzik mi przyjdzie z takiego guzika!)
Nitka pamięci
z igłą tęsknoty
wbiły mi się pod skórę
i bez znieczulenia
przyszyły mnie do ciebie -
mocno, na okrętkę.
sobota, 23 maja 2020
Dwa psy, kot i kaczki, czyli opowiastka z morałem
Każda opowiastka powinna mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie. A zatem...
Był piękny, majowy piątek. Słońce, lekki wiatr, Ogród Saski, ja, PiW i Morti - nasz husky. Zasłużony spacer po długim dniu pracy zdalnej, od której kręgosłup wysiada i psyche siada. Na twarzach maseczki ochronne, psia ich mać, a na psim pysku wyraz głębokiej satysfakcji, że on kagańca nosić nie musi.
Idziemy tempem zmiennym, bo Morti lubi sobie przypomnieć, że w żyłach mu płynie krew psów pociągowych, więc czasem stępa, czasem truchtem, a czasem kłusem. Fajno jest. Nagle - stop! Na krawędzi trawnika siedzi trzech młodzieńców w wieku podstawowo-szkolnym, jeden trzyma w ręku patyk. - Jaki śliiiiczny piesio! Można pogłaskać? - Można...
Zaczyna się głaskanie, Morti dostaje patyk, więc już wiadomo, że trochę tam postoimy. Żeby nie było drętwo, zaczynam rozmowę. Dzieciaki okazują się komunikatywne, nawijają jeden przez drugiego.
- Ja też mam psa! - mówi ten od patyka.
- A ja mam dwa! - przebija drugi.
- Ja mam jorka - dodaje trochę nieśmiało trzeci, jakby nie był pewny, czy jork w ogóle liczy się za psa.
Okazuję zainteresowanie, pytam o rasy i imiona zwierzyńca. Ten od patyka ma spanielkę imieniem Maja. Ten drugi za to wali z grubej rury:
- A ja mam malamuta i... ten, tego, jak on się nazywa... owczarka niemieckiego!
Kiedy pytam o imiona, długo się zastanawia, by w końcu wybąkać coś niewyraźnie. Ale zaraz dodaje:
- I mam jeszcze kota! I... kaczki!
- Kaczki? - dziwię się nieco - I jak one wszystkie żyją ze sobą? Psy nie polują na kota, a kot na kaczki?
- Nie, skąd! - zapewnia młodzian, już bardziej pewny siebie - Nawet śpią razem!
W tym momencie Morti wypluł ostatnie wióry po patyku, więc mogliśmy ruszyć dalej, życząc młodzieńcom miłego dnia.
- Malamut, wilczur, kot i kaczki - kręciłam głową ze zdumieniem. - Nie sądzisz, że coś tu nie gra? PiW załatwił sprawę krótko:
- Jasne, że nie gra. Głowę dam, że dzieciak nie miał nawet kanarka. Nie chciał być gorszy od kumpli, więc coś tam wymyślał. Tyle że przeholował.
Trochę mi się zrobiło żal "właściciela" malamuta, wilczura, kota i kaczek. Miał w oczach coś takiego.... A potem naszła mnie refleksja, że niezależnie od tematu trzeba uważać z narracją. Żeby się nam zanadto nie rozhulała. Bo malamuta i wilczura pewnie przełknęłabym gładko. Kot uszedłby w tym tłoku. Ale kaczki?
Uważajmy, żeby nie pójść o kaczki za daleko.
![]() |
| Rożeniec zwyczajny, Fot. Wikipedia, domena publiczna |
czwartek, 16 kwietnia 2020
Kwarantanna, czyli uroki telemedycyny
Początkowo myślałam, że jakby co, to głosowałabym raczej za pandemią lub kwarantanną, bo w sumie, to niemal cały gatunek homo sapiens ich w 2020 doświadcza, ale od wczoraj myślę, że na palmę pierwszeństwa zasługuje jednak telemedycyna. A było to tak...
Wczoraj o świcie mój PiW obudził się z jękiem. Zdarza mu się to niezwykle rzadko, bo to twardy facet i zasadniczo nie jęczy, zatem mocno się zaniepokoiłam. Okazało się, że coś jest nie tak z jego prawą dłonią. Rwący ból i opuchlizna oraz karminowa barwa środkowego palca (bez skojarzeń proszę!). "Zastrzał" - orzekłam autorytatywnie, korzystając z wielopokoleniowego doświadczenia przekazanego mi przez babcię. PiW, jak to PiW, spojrzał na mnie z politowaniem, dając do zrozumienia, że ludowe mądrości to mogę sobie zachować dla siebie i swoich środkowych palców.
Szybko się jednak okazało, że nawet twardziele czasem muszą przyznać, że jak boli, to boli, zwłaszcza jeśli jest się praworęcznym, a spuchły i bolą jak wszyscy diabli wszystkie paliczki prawej kończyny górnej. (Ha! Zna się te pojęcia anatomiczne!) Mając świadomość, że o wizycie u lekarza możemy sobie co najwyżej pomarzyć, demokratycznie uznaliśmy, że pora wypróbować tak bardzo promowaną w dobie kwarantanny poradę telemedyczną w prywatnej przychodni, w której mamy wykupiony abonament. Zanim jednak PiW chwycił (lewą ręką, rzecz jasna) za telefon, jako świadomi, potencjalni pacjenci telemedyczni, cyknęliśmy kilka fotek nieszczęsnej kończyny, ukazujących cały rozmiar nieszczęścia, który to rozmiar z każdą chwilą wydawał się większy (puchł już palec serdeczny).
Pan doktor był miły, nie powiem. Słuchał z zainteresowaniem (chyba). PiW wzniósł się na wyżyny elokwencji, używając terminologii ścisłej (paliczki, brak urazu mechanicznego, możliwe nadkażenie lekkiego oparzenia, etc.). Wspomniał o zdjęciach. Pan doktor uznał jednak widocznie, że telemedycyna to forma audio, a nie wideo, zatem fotkami się nie zainteresował. Natomiast dosyć szybko wydał zalecenie: smarować palec altacetem i czekać na rozwój wypadków. W razie czego ponownie sięgnąć po poradę telemedyczną.
Trochę się zdziwiłam. Wyglądało bowiem na to, że mamy walczyć z opuchlizną, kompletnie nie przejmując się toczącym się pod skórą (a kto wie, może i głębiej) procesem zapalnym. No ale porada to porada. Posłusznie obłożyliśmy rękę PiW-a altacetem i każde z nas udało się do swojego biura, czyli ja do jadalni, a on do salonu.
Po skończonym dniu pracy przyszła pora na weryfikację postępów leczenia. No, nie wyglądało to najlepiej. Powiem więcej, wyglądało fatalnie. Teraz spuchnięta była już cała dłoń, a barwa karminowa zaczęła gdzieniegdzie przechodzić w siną. Uznaliśmy, że to absolutnie wystarczający powód, by znów skorzystać z dobrodziejstw telemedycyny. Fakt, że przychodnia tym razem połączyła nas z innym lekarzem, uznaliśmy w sumie za korzystny. Przyda się tak zwana druga opinia.
Tym razem rozmowa była krótsza. Pan doktor był uprzejmy, aczkolwiek trudno mu było ukryć rozbawienie, gdy usłyszał o kuracji altacetowej. Bez zbędnych ceregieli skierował PiW-a na wizytę twarzą w twarz z chirurgiem, oczywiście wcześniej zadawszy kilka magicznych pytań na okoliczność potencjalnego zarażenia koronawirusem.
PiW jest już po wizycie. Diagnoza: zapalenie tkanki łącznej. Altacet został zdetronizowany na rzecz antybiotyku. Trudno jeszcze przesądzać o skuteczności terapii, ale mimo generalnej niechęci do antybiotyków, nieśmiało podejrzewam, że w tym przypadku to dobry wybór. Ktoś mógłby zapytać, jaki morał z tej bajki. Ano morał jest taki: telemedycyna telemedycyną, ale i tak in fine liczy się to, kto siedzi na drugim końcu kabla.
PS Fotka nieco od czapy, ale nie mogłam się oprzeć - w końcu od dziś TRZEBA ZASŁANIAĆ TWARZ.
piątek, 10 kwietnia 2020
Święta bez decorum, czyli życzenia z komentarzem
To nietypowe Triduum zmusza, by - jak w którymś ze swoich trafnych komentarzy powiedział ojciec Szustak - religijność ustąpiła miejsca wierze. Żeby z tej próby wyjść zwycięsko, muszę zmobilizować wszystkie moje duchowe aktywa. Czy brak "koszyczka" wpędzi mnie w depresję, czy raczej pozwoli naprawdę poczuć - co niby intelektem obejmuję od dawna - że koszyczek to tylko didascalia?
Okaże się. A tymczasem powtarzam sobie "bądź wola Twoja". Bo, w sumie, cóż mądrzejszego mogłabym powiedzieć?
poniedziałek, 6 kwietnia 2020
WOT i zagwozdka! Czyli co to jest park
sobota, 28 marca 2020
Wiwera malabarska, czyli pożytki z koronawirusa
Od dwóch tygodni siedzę głównie w domu (praca zdalna), a odwiedzany często-gęsto Internet bombarduje mnie hiobowymi wieściami. Koronawirus ma się świetnie i zbiera coraz większe żniwo, niezależnie od mniej lub bardziej dziarskich i mniej niż bardziej prawdziwych deklaracji miłościwie nam panujących. W tej sytuacji poszukiwanie dobrych stron takiego stanu rzeczy wydaje się faktycznie wyzwaniem na miarę Polyanny. Ale - cytując klasyczkę - damy radę! Znaczy, ja dam. Zrobiłam sobie nawet coś w rodzaju podsumowania dobrych stron koronawirusa, które Ci, miły Czytelniku, pokrótce przedstawię.
Otóż pierwszą i niepodważalną z mojej perspektywy zaletą epidemii jest to, że - przynajmniej na razie (stuk, stuk w niemalowane) - nie dosięgnęła ani mnie, ani nikogo z moich bliskich. Oczywiście, w dłuższej perspektywie uprzejmość koronawirusa w tym względzie może się wyczerpać, ale na razie zachowuje się wobec mojego klanu bardzo powściągliwie i omija nas łukiem. Jak szerokim, to się okaże.
Druga zaleta epidemii ma ścisły związek z jej pochodną, czyli kwarantanną. Nie jest to kwarantanna sensu stricto, bo nic mi nie wiadomo o tym, bym była zarażona, zatem jest to kwarantanna niejako profilaktyczna. Tak czy siak, pracuję zdalnie, do roboty nie jeżdżę i w ogóle jeżdżę gdziekolwiek coraz rzadziej, bo władza coraz bardziej mi to uniemożliwia. Nie, żebym miała jakieś pretensje, po prostu stwierdzam fakt - jeszcze dwa dni temu mogłam pojechać z psem do Kampinosu, dziś już nie mogę. Ale wróćmy do zalet. Otóż, nie pamiętam, kiedy po raz ostatni spędziłam tyle godzin bez przerwy z moim PiW-em! Do tej pory były to tylko jakieś smętne resztki pory dziennej i godziny pory nocnej głównie spędzone w objęciach Morfeusza. A teraz? Ha! 24 godziny na dobę razem. I nadal ze sobą gadamy. I jeszcze na siebie nie warczymy. Co za krzepiące odkrycie!
Zaleta trzecia jest już natury mniej osobistej, bo dotyczy tak zwanej ludzkości i jej przyszłych losów. Istnieje bowiem możliwość, że jeśli epidemia potrwa jeszcze czas jakiś, to kiedy wreszcie się skończy, niektóre nawyki pozostaną. Jak na przykład ten z częstym i dokładnym myciem rąk. Nie wiem, jak Ty, miły Czytelniku, ale tak czystych rąk jak obecnie, nie miałam jeszcze nigdy w życiu. A nie należę to osób lekceważących higienę. Może więc koronawirus sprawi, że ta prosta i niezbyt czasochłonna czynność wejdzie nam w krew. O ile wcześniej nie zabraknie mydła i detergentów. Ale nie siejmy defetyzmu.
No i na koniec - crème de la crème, czyli... wiwera malabarska! Usłyszałam o niej wczoraj po raz pierwszy w życiu, kiedy to w sieci pojawił się materiał wideo z Indii. Otóż w pewnym indyjskim mieście, opustoszałym na skutek kwarantanny, ulicami przespacerowała się dostojnie (dowód w linku) rzeczona wiwera, przedstawicielka gatunku od 60 lat uważanego za wymarły! Czyli zwierzątko żyje, a nikt go nie widywał, bo zwyczajnie przeszkadzali mu ludzie. Widok całej i zdrowej wiwery podziałał na mnie ożywczo i wlał z moje skołatane epidemią serce nadzieję, że choćby nasz ludzki gatunek zrobił jeszcze wiele głupstw, Natura może sobie jednak jakoś poradzi.
![]() |
| Wiwera malabarska, fot. Wikipedia |
Trochę mnie to przybiło. Ale natura Polyanny robi swoje. I tak sobie teraz myślę, że - kto wie? - może wiwera malabarska nadal gdzieś tam się ukrywa w środku dżungli i jest na tyle mądra, że nie pcha się do homo sapiens, nawet jeśli ten wraży gatunek chwilowo siedzi w domu?
niedziela, 8 marca 2020
czwartek, 6 lutego 2020
Einstein i Balzac, czyli o wieku słów kilka
Wczoraj pożegnałam moją wychowawczynię z liceum. Pożegnałam na tym świecie, a konkretnie na Cmentarzu Północnym, gdzie spoczęła doczesna powłoka profesor N. Na uroczystości pogrzebowe jechałam, doznając wielu różnych emocji i uczuć. Żalu, że ostatni raz widziałam moją matematyczkę żywą w dniu rozdania świadectw maturalnych, czyli 37 lat temu. Wdzięczności, że profesor N. wbiła mi do głowy matematykę na tyle skutecznie, bym 13 lat po maturze zdała egzamin GMAT (Graduation Management Admission Test), nie kompromitując się na jego części matematycznej. Wstydu, że jakoś nigdy jej za to nie podziękowałam. Zadumy nad nieuchronnym i jakże szybkim upływem czasu. Rozbawienia... Zaraz, zaraz! Rozbawienia? Tak, drogi Czytelniku, to nie żadna pomyłka i zaraz się z tego wytłumaczę.
Kiedy w dniu poprzednim wpadł mi w ręce nekrolog obwieszczający odejście pani profesor, moja wychowawczyni stanęła mi przed oczami jak żywa. Niewysoka, nieco korpulentna starsza pani ze staranną fryzurą z siwych loczków. Pseudonim Siwa nie był żadną metaforą. Chwilę potem moją uwagę przyciągnęła podawana w takich razach informacja, ile lat liczyła sobie pani N., gdy opuszczała gorszy ze światów. Ponieważ, dzięki wysiłkom dydaktyczno-pedagogicznym profesor N., proste operacje arytmetyczne mam w małym palcu, szybko policzyłam (w pamięci, ha!), ile lat miała, kiedy wkroczyłam w progi mojego liceum. I zbaraniałam!
Okazało się bowiem, że w dniu mojego pasowania na licealistkę profesor N. miała równo dychę lat mniej, niż ja mam teraz. O, nieba! Jak to możliwe, że tamta staruszka była taką młódką? Że na dobrą sprawę można było ją od biedy uznać za kobietę w wieku balzakowskim (w każdym razie jak na standardy dwudziestego wieku). Że w jakiejś dziwnej pętli czasu dzisiejsza ja byłabym jej dużo starszą koleżanką.
Tymi refleksjami podzieliłam się, jak zwykle, z moim PiW-em. A on, jak zwykle, spojrzał na mnie z pobłażaniem (pragnę wierzyć, że zmieszanym z miłością) i - jak to umysł ścisły - zasunął mi krótki i treściwy wykładzik o teorii względności. Sprowadzający się do tego, że co, jak co, ale młodość i starość to pojęcia względne do mc kwadrat.
I właśnie dlatego jechałam na Cmentarz Północny, z rozbawieniem myśląc, że profesor N., ze swoim lekko ironicznym poczuciem humoru, też by się z tego uśmiała. I powiedziałaby do mnie "Olejnik [moje nazwisko z czasów sprzed PiW-a], ty się lepiej skup na całkach, bo ci całkiem nie wychodzą".
PS. W opowieści tej pominęłam jeszcze towarzyszące podróży na Cmentarz Północny uczucie grozy, kiedy wysiadła mi nawigacja w telefonie. Ale to już całkiem inna historia.
![]() |
| "Reflections"- Fot. Tom Hussey / Facebookcom/artistswihoutborders |
niedziela, 2 lutego 2020
Dzień Świstaka 2020
Obudziłam się dziś z uczuciem déja vu.
Pies trącał mnie nosem tak samo jak wczoraj.
Tak samo jak wczoraj, powiedziałam "Połóż się, Morti" tonem znoszącym sprzeciw, co skwapliwie wykorzystał.
Tak samo jak wczoraj, mój PiW powiedział "Śpij, kochanie, już z nim wychodzę", co z kolei ja skwapliwie wykorzystałam.
Tak samo jak wczoraj, obaj zniknęli z domu, a ja próbowałam z powrotem zasnąć, co - tak samo jak wczoraj - już mi się nie udało.
Tak samo jak wczoraj, sięgnęłam po smartfon i - o dziwo - inaczej niż wczoraj, dowiedziałam się, że dziś jest Dzień Świstaka. Wprawdzie nie u nas, a na antypodach, ale biorąc pod uwagę poziom globalizacji, to kompletnie bez znaczenia.
Człowiek to jednak ciekawa istota. Gdyby jakiemuś przybyszowi z kosmosu ktoś powiedział, że 2 lutego, w kraju uchodzącym za jedno z największych mocarstw świata, całe miasto i okolica zbiera się po to, by wabić z norki małego gryzonia, a potem wypatrywać jego cienia, zaś na koniec wyciągać z tego meteorologiczne wnioski, przybysz ów pewnie uznałby naszą planetę za łatwy kąsek. I zachodziłby w głowę, jakim cudem udało nam się przesiąść z koni na samoloty, a przy okazji polecieć na Księżyc. Poważnie?
Tym samym dałby dowód, że w swoim ufoludkowym życiu nie czytał Huizingi, w związku z czym nie ma pojęcia, że homo jest nie tylko sapiens, ale i ludens. I żeby jakoś przeczołgać się przez najeżone problemami (o, przepraszam, wyzwaniami) życie, musi się od czasu do czasu zabawić. Musi też pozwolić sobie na bycie kompletnie nieracjonalnym, wróżyć z fusów, chmur czy - niech im (Amerykanom, znaczy) będzie - Philowego cienia.
Nasz ufoludek nie wie też jeszcze jednego. Ponieważ w tym roku Dzień Świstaka przypada w dniu 2.02.2020, dlatego to, co dziś w Pensylwanii zrobi świstak Phil, wpłynie nie tylko na losy wiosny, ale i losy świata. Ba, może nawet kosmosu. Tak bowiem podpowiada tkwiący w nas homo magicus, który numerologię ma w małym palcu.
środa, 15 stycznia 2020
Dosadny komentarz do wydarzeń
W związku z dzisiejszym spotkaniem Marszałka Senatu z Prezydentem RP przyszło mi do głowy, że Humpty Dumpty wiedział, co mówi. I nasunęło mi się takie oto, krótkie podsumowanie.
Humpty Dumpty rzekł do Alicji:
- Wbrew powszechnie przyjętej tradycji,
nieistotne jest wcale
czyja racja jest, ale
rzecz do tego się sprowadza,
czyja jest władza.
![]() |
| Humpty Dumpty i Alicja w Alicji po drugiej stronie lustra. Ilustracja Johna Tenniela, 1871 |


















