Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłumaczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłumaczenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2016

Tribute to Bob. Interludium urodzinowe


Jest taka piosenka Dylana o czasach, co się zmieniają. Times they are changing... Milion lat temu, w innym życiu, śpiewaliśmy to z przyjaciółmi przy ognisku. Czy rzekę w swym biegu zatrzymać się da... Dwa lata temu przyjaciel od ogniska rzucił mi wyzwanie. Tłumaczenie Osieckiej mu nie leżało. Przetłumacz - powiedział. Więc przetłumaczyłam. I wrzucam to dziś, z dwóch powodów. Po pierwsze w prezencie dla Dylana-Noblisty. Po drugie w prezencie dla mnie. Bo jutro znów poczuję, że ten czas także przeminie...

Gdziekolwiek się włóczysz
Przyjdź i usiądź wśród nas
Bo już rzeka spiętrzona
Brzeg niedługo pokona
Fala wnet cię ogarnie
Ciągnąc w dół raz po raz
Więc daj szansę tej jednej godzinie
I płyń dzielnie, by dobrze wykorzystać twój czas
Bo ten czas także przeminie.

Hej, pisarze, prorocy,
Spójrzcie trzeźwo na świat
I zrozumcie, że przecież
Raz się żyje na świecie
Nie gadajcie bez przerwy
Bo nie starczy wam lat
Nie ten górą, co słowem zasłynie
Ten co wczoraj miał pecha, dziś świętuje swój fart,
A ten czas także przeminie.

Ci co władzę dzierżycie
Zatrzymajcie się raz
I pomyślcie z pokorą
Czy was znowu wybiorą
Ci co z bólu dziś płaczą
Jutro krzykną, że pas
Na ulicach pieśń buntu już płynie
Zadrżą szyby i mury, by zawalić się wraz
I wasz czas także przeminie.

Ojcowie i matki
Wrzućcie trochę na luz
I nie mówcie bez przerwy
Co wam działa na nerwy
Wasze dzieci bynajmniej
Nie są wasze i szlus
Nie chcą bajek o karze i winie
Bo wasz świat na ich oczach już obraca się w gruz
I wasz czas także przeminie.

Ktoś wytyczył granicę
Klątwę zasiał wśród nas
Ten co dzisiaj się wlecze
Jutro pierwszy na mecie
Dzień dzisiejszy za chwilę
W przeszły zmieni się czas
Wszelki rzeczy porządek wnet zginie
Pierwsi będą ostatni i nie pierwszy to raz
Bo ten czas także przeminie.

sobota, 16 maja 2015

Bezsenność w Lourdes


W obcych miejscach kiepsko mi się śpi. I czasem, zamiast walczyć o cenne minuty snu, po prostu odpuszczam. Sięgam po pióro lub tablet. Dziś nad ranem w głowie plątała mi się piosenka Simona i Garfunkela - najbardziej ulubiona z całego ich repertuaru. Pomyślałam, że spróbuję ją przełożyć na polski. Oto, co się narodziło w zimny, deszczowy poranek, u stóp Pirenejów.

April come she will.                                                 
When streams are ripe and swelled with rain;
May, she will stay
Resting in my arms again.                                   

June, she'll change her tune,                                 
In restless walks she'll prowl the night;                  
July, she will fly                                                       
And give no warning to her flight.                          

August, die she must,                                             
The autumn winds blow chilly and cold;                  
September I'll remember
A love once new has now grown old.    

               ***

Kwiecień, już jej cień
idzie przez deszczu pełne dni.
Maj - słodki raj,
gdy w mych ramionach cicho śpi.

W czerwcu - koniec snu.
I niespokojnych nocy lęk.
W lipcu - gna bez tchu.
Gdzieś w dali gaśnie kroków dźwięk.

Sierpień - wciąż krótszy dzień.
I jesień liści zmiata kurz.
Wrzesień - wspomnień cień
miłości, co umarła już.

               

czwartek, 8 kwietnia 2010

Był sobie film, czyli o tytułach w kinie

Pierwszy kwietniowy wypad do kina zaliczam do udanych. Uf, nareszcie. Po ostatnich kinowych wpadkach, trochę się bałam, że zaproponowany przez moją Przyjaciółkę film "Była sobie dziewczyna" okaże się jakimś romantyczno-obyczajowo-komediowym badziewiem. Na duchu podnosił mnie tylko fakt, że film jest produkcji brytyjskiej, a w rolach głównych nie występują Angelina Jolie i Brad Pitt, tylko aktorzy, których nazwisk nawet teraz nie jestem w stanie odtworzyć z pamięci. Za to ci, których nazwiska znam - Alfred Molina oraz Emma Thompson, grają role drugoplanowe, a wiadomo, że filmowi dobrze wróży, kiedy świetni aktorzy obsadzeni są w drugiej linii.

Zanim jednak przejdę do ekspresowej recenzji, muszę wyznać, że zirytował mnie tytuł - ten polski, wymyślony zapewne przez jakiegoś błyskotliwego speca od filmowego marketingu. Oryginalny brzmi An Education, co każdy, nawet nieznający języka angielskiego, przeciętnie inteligentny przedstawiciel gatunku homo sapiens jest w stanie zrozumieć. I pewnie każdy będzie zachodził w głowę, jakiż to ciąg skojarzeń poprowadził polskiego dystrybutora od angielskiego oryginału do polskiego quasi plagiatu pamiętnego tytułu "Był sobie chłopiec". Zabieg tym bardziej irytujący, że tytuł oryginalny doskonale oddaje sens filmu, po prostu trafia w samo sedno, czego już nie da się powiedzieć o polskim - kompletnie nijakim i sugerującym nie-wiadomo-co.

Nie po raz pierwszy się zżymam na takie translatorskie kwiatki, w których filmowi dystrybutorzy zdają się być mistrzami nad mistrze. Do moich ulubionych przeróbek (bo nie przekładów) należy tytuł "Boskie jak diabli", którego hiszpański oryginał brzmi Sin noticias de Dios, czyli "Żadnych wieści od Boga". Niech każdy sobie oceni, który lepszy. Który wierniejszy - oceniać nie trzeba. Jasne, Boy-Żeleński mówił, że tłumaczenie wierne nie jest piękne, a piękne nie jest wierne (jak kobieta), ale mówił to w czasach, gdy kino raczkowało i nikomu się nie śniło, by tytuł Gone with The Wind przetłumaczyć jako "Scarlett, przewrotna piękność Południa".

No, ale wróćmy do filmu. Powiem krótko: niezły. Może nie arcydzieło, ale półtorej godziny, które poświęciłam na śledzenie losów szesnastoletniej Jenny, nie uważam za zmarnowane. Film pokazuje dotkliwą lekcję życia (An Education!), jaką Jenny odbiera przy wydatnej pomocy sporo starszego od siebie mężczyzny. Ona - młoda i niedoświadczona, choć na szczęście bystra i już nieźle wyedukowana. On - czarujący, bogaty i reprezentujący wszystko, czym (kim) nie są mieszczańscy i nieco ograniczeni rodzice Jenny. Mogło się skończyć różnie, nawet tragicznie. Skończyło się trochę gorzko, ale pożytecznie - tyle mogę napisać, żeby nie zdradzić za wiele. Reasumując - można na to iść, zwłaszcza gdy ma się nastoletnią córkę. I lubi się Londyn, Paryż, Juliette Greco, lata 60. oraz fryzury à la Audrey Hepburn. Ja lubię. Niewykluczone, że zabiorę na to Zośkę - ma dokładnie tyle lat, co Jenny...