Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 stycznia 2017

Moja Ryska Przygoda. Postponowanie prawdy


Co jakiś czas ludzkość wymyśla nowe pojęcia, które przez czas jakiś robią zawrotną karierę, odmieniane są przez wszystkie przypadki (oczywiście, w językach, w których przypadki istnieją) i krzyczą z pierwszych stron gazet i internetowych portali. Niektóre z nich na stałe wchodzą do słownika, inne czezną na śmietnisku pojęć-co-się-nie-przyjęły. Jedno z nich pojawiło się w obiegu całkiem niedawno i święci triumfy na medialnych i akademickich salonach. Post-prawda. W oryginale post-truth.

Z racji zawodu stykam się z nim codziennie. Chcę czy nie chcę. Choć muszę wyznać, że raczej to drugie. Bo post-prawdy nie znoszę serdecznie (oksymoron zamierzony, dla większego efektu). I choć sama wzięłam niedawno udział w panelowej dyskusji na temat post-truth reality, jeśli tylko mogę, unikam używania tego jakże cwanego zwrotu.

Tak, właśnie cwanego. Bo kiedy się przyjrzeć post-prawdzie, na pierwszy rzut oka wygląda całkiem, całkiem. Zgrabny zabieg słowotwórczy, oczywiste nawiązanie do Internetu i postmodernizmu, krótkie, zwięzłe opisanie czegoś niezwykle skomplikowanego i wielowymiarowego. Ale drugi rzut oka objawia kryjące się w post-prawdzie niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo polegające na tym, że ów cwany zwrot, wykorzystując pojęcie prawdy, opisuje coś jej zupełnie przeciwnego. Nadal jednak prawda tkwi w tym pojęciowym zlepku, niczym diament, którego ktoś próbuje użyć do przecięcia szyby w witrynie jubilera.

Post-prawda nie ma nic wspólnego z prawdą. Nie powinna więc przywdziewać jej szatek. Na coś, co nie jest prawdą, homo sapiens wymyślił wiele prostych, jednoznacznych określeń - kłamstwo, fałsz, oszustwo. Tak wiem, opatrzyły się, nie brzmią sexi ani trendy. Ale mają tę zaletę, że niczego nie udają i nie zaciemniają obrazu.

Tak sobie tu marudzę, choć wiem, że to walka z wiatrakami. Post-prawda będzie się panoszyć w przestrzeni informacyjnej, narażając co mniej wyrobionych odbiorców na ryzyko konfuzji. No bo skoro prawda, choć wprawdzie post, to może jednak prawda? Albo chociaż jej pół? 

Truth (1896). Olin Warner (completed by Herbert Adams). Left bronze door at main entrance of the Library of Congress Thomas Jefferson Building. Photo: Carol Highsmith



poniedziałek, 28 września 2015

Sokrates na fejsie

Każdy kto bywa na Facebooku, zetknął się ze zjawiskiem pleniących się tam jak chwasty rozmaitych "testów" i "quizów". Ich główną funkcją jest, jak się wydaje, odkrywanie przed nami nieodgadnionych głębin naszego jestestwa. Można się z nich dowiedzieć rzeczy arcyciekawych. A to, jakim jesteśmy kolorem. A to, który z bohaterów bajek Walta Disneya jest nam najbliższy. A to, ile mamy naprawdę lat. Same rewelacje.

Dosyć długo opierałam się pokusie sprawdzenia tego czy owego o sobie, choć muszę przyznać, że pokusa, by się dowiedzieć, ile mam naprawdę (sic!) lat, była ogromna, tym bardziej, że od jakiegoś czasu podejrzewam, że to, co stoi jak byk w moim dowodzie osobistym, musi być jakimś gigantycznym nieporozumieniem. Dziś jednak pękłam. Może dlatego, że zaplanowany na ostatni, przedłużony o poniedziałek weekend,  krótki wyjazdowy urlop wziął w łeb, przez co od rana tkwię w czymś w rodzaju rozgoryczenia.

Tak czy siak, drastycznie spadła moja odporność na pokusy. Kiedy zatem na mojej fejsowej tablicy pojawił się zachęcający komunikat "Sprawdź, jaką jesteś przyprawą", postanowiłam zaryzykować. Zasadniczo, nie mam nic przeciwko żadnej przyprawie, zatem jakakolwiek odpowiedź będzie okej. No, może poza chili, bo to by oznaczało naprawdę wredny charakter. Sprawdziłam. Okazało się, że jestem wanilią, co opatrzone zostało dodatkowym komentarzem, z którego wynikało, że do anioła brakuje mi tylko skrzydeł. Hm - pomyślałam - nieźle. Muszę o tym koniecznie powiedzieć mężowi...

Postanowiłam zetem pójść za ciosem. Przejrzałam sobie tablice moich znajomych i w trymiga znalazłam tam wiele fajowych testów osobowości. Np. "Jaką postacią z bajek jesteś". Koleżanka, która udostępniła swój wynik, okazała się jakimś obrzydliwym, zielonym i szczerzącym kły stworem, o co nigdy w życiu bym jej nie podejrzewała. Trochę mnie to zasmuciło - ot, pozory mylą, ale i na chwilę zahamowało mój zapał do poznawania samej siebie. A co, jeśli okażę się wilkołakiem? Ryzyk-fizyk. Klik, klik i - proszę! Jestem elfem! Ślicznym, małym, różowym elfikiem. Przypuszczam, że gdybym ten wynik udostępniła, niejeden by się zdziwił.

Zdążyłam jeszcze tylko sprawdzić, że lat mam akurat tyle, na ile się czuję. Dalszą eksplorację mojego jestestwa przerwał mi telefon z pracy, z gatunku tych, co to szybko sprowadzają na ziemię. I to niezależnie od tego, jak bardzo waniliowym elfem się jest. Jednak, jako że zawsze bliskie mi było Sokratesowe "poznaj samego siebie", na pewno do tych badań powrócę. W końcu, muszę się przecież dowiedzieć, czy jestem bardziej jazzem, folkiem czy muzyką klasyczną. Heavy metal odrzucam w przedbiegach. Cholera, a może niesłusznie...?

sobota, 29 sierpnia 2015

Aj lajk it?

Odkąd "jestem" na Facebooku, mam co najmniej mieszane uczucia wobec panującego tam zwyczaju klikania w łapkę z kciukiem do góry lub w dół. Wobec lajków i nie-lajków (inaczej zwanych hejtami). Polskie tłumaczenie lapidarnego  "I like it" na "Lubię to", nie dość, że niedokładne (w tm wypadku chodzi raczej o "to mi się podoba"), to jeszcze w wielu wypadkach powodujące co najmniej konsternację.

No bo co właściwie "lubię"? To, że ktoś wkleił, dajmy na to, jakiś artykuł, czy może treść tego artykułu? Pół biedy, jeśli autor "lajka" rozwija go w komentarzu. Ale jeśli nie ...

Dziś rano, na przykład, znajduję na FB link do artykułu, który zamieścił mój kolega z dziennika.pl. Zajawka tekstu głosi: Józef Wesołowski nie żyje. Były arcybiskup był oskarżony o czyny pedofilskie. Miał depresję, przed aresztowaniem mówił o samobójstwie.  A pod wpisem mojego kolegi figurują 3 kciuki w górę - "lubię to".  Lubię - co?! To, że ksiądz biskup nie żyje? To, że miał depresję? To, że prawdopodobnie zabiły go wyrzuty sumienia i targnął się (być może) na swoje życie?  A może to, że ktoś o tym napisał?

Trudno dociec. Ale mam szczerą nadzieję, że owo "lubienie" jednak nie dotyczy śmierci duchownego. W którego intencji zmówię modlitwę, choć zdecydowanie "nie lubię" tego, o co jest oskarżany. 

piątek, 7 sierpnia 2015

Nie jem też ciastek

Doszłam dziś do wniosku, że moje zwyczaje dietetyczne w jakiś tajemniczy sposób powiązane są z moim sposobem funkcjonowania w Internecie. Parę dni temu przyznałam się, że nie jem mięsa, co detreminuje moją niechęć do spamu, czyli mielonki.  Dziś jeszcze jedno wyznanie: nie jem też ciastek. Od dawna i bez żalu, co pewnie jakoś jedno z drugiego wynika. Dlatego za cholerę nie pojmuję uporu, z jakim nieznane mi ktosie, kryjące się w plątaninie zwanej siecią, próbują mnie częstować ciasteczkami, czyli cookies.

Na jaką stronę wuwuwu bym nie weszła, pierwszy komunikat, jaki mnie wita, dotyczy tych jakichś tam ciasteczek. Ktoś uprzejmie mnie informuje, że ich używa (na Boga, do czego?!), po czym, każe mi, dosyć kategorycznie, oświadczyć, że rozumiem.

No, owszem, tak w ogóle, to rozumiem. W końcu, wiem, co to znaczy używać. Ale tak w szczególe...  Trudno, przyznam się: nie kapuję! Co gorsza, żeby nie wyjść na idiotkę, starą i zapóźnioną technologicznie dinozaurzycę, klikam, że rozumiem, dzięki czemu ów niepokojący komunikat znika, a ja mam na chwilę święty spokój.

Pomyślałam więc, że może pora skończyć z tą hipokryzją. Że może jak złożę stosowne oświadcznie, to dadzą mi spokój. Zatem oświadczam raz jeszcze: nie jadam ciastek! Znaczy, cookies!

wtorek, 4 sierpnia 2015

Mielonka dla wegetarianki, czyli o spamie słów kilka

Czy wiesz, drogi Czytelniku, skąd się wzięło słowo spam? Otóż – za Wikipedią - SPAM to nazwa konserwowej mielonki wieprzowej produkowanej nieprzerwanie od lat 30. XX wieku przez amerykańską firmę Hormel Foods. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że mielonka to taki wyrób wędlinopodobny, często występujący w puszkach, w czasach PRL kupowany spod lady przedmiot pożądania, dziś prawie zapomniany i pogardzany. Rzecz jasna, obywatele PRL o mielonce firmy Hormel Foods mogli co najwyżej pomarzyć, a przedmiotem pożądania była mielonka firmy – dajmy na to - Krakus. Ale ja nie o tym…

A zatem – mielonka! Spam, znaczy. Każdy, kto ma pocztę elektroniczną, a więc połowa ludzkości mniej więcej, spożywa tę mielonkę na co dzień. Przy czym słowo spożywa, w przypadku mielonki absolutnie na miejscu, tu wydaje się bardzo nie à propos. Właściwsze byłoby określenie przeżuwa i wypluwa. Czasem mając wrażenie, że jeszcze chwila, a się udławi.

Takie właśnie doznania towarzyszą mi za każdym razem, gdy otwieram skrzynkę poczty elektronicznej i stwierdzam nieodmiennie, że czeka tam na mnie poczta w następujących proporcjach: spam – 99%, reszta – 1%. Zanim dotrę do tej szczątkowej reszty, muszę najpierw przebić się przez:
- liczne propozycje zarobkowania w domu (od lat pracuję na etacie, skąd pomysł, że chciałabym to zmienić?),
-  jeszcze liczniejsze propozycje rozmaitych pożyczek i kredytów (jak żyję, nigdy z takowych nie korzystałam),
- różnorodne pomysły, jak mogłabym poprawić moją urodę/figurę/kondycję/sprawność seksualną/pamięć (z wszystkich tych obszarów mojego jestestwa jestem względnie zadowolona, a nawet jeśli nie jestem, do chirurga plastycznego nie pójdę za skarby świata!),
- kuszące oferty wygrania gigantycznych pieniędzy za kilka marnych esemesów i podanie wszystkich moich najtajniejszych danych osobowych (pomijając kwestię danych, mam głębokie, wewnętrzne przekonanie, że jak nie zarobię ciężką harówą, to figę będę miała, więc tego się trzymam).

Wszystkiego pewnie nie wymieniłam, bo się zwyczajnie nie da – kreatywność twórców spamu po wielokroć przewyższa kreatywność producentów mielonki. Ostatnio jednak do tej listy doszlusowała oferta absolutnie wyjątkowa. Niejaki wróżbita Maciej pragnie dokonać rewolucyjnych zmian w moim życiu, odpowiadając na jedno (sic!) moje pytanie. Z sobie tylko wiadomych przyczyn, nie może tego uczynić tą samą drogą, którą do mnie dotarł, czyli mailem, preferując komunikację przy pomocy telefonu komórkowego. No i, oczywiście, zanim on odpowie na moje pytanie, ja muszę odpowiedzieć na kilka jego pytań, co zapewne mu ułatwi wejście w stosowny trans.

Drogi Wróżbito Macieju! Informuję, że Twój trud jest daremny. Ja nie jadam mielonki i to pod żadną postacią – jestem bowiem wegetarianką!

wtorek, 28 kwietnia 2015

Stara, a głupia

Od jakiegoś czasu obserwowałam u moich latorośli wzmożoną aktywność w świecie wirtualnym. Wzrok wbity w smartfon, mamrotanie pod nosem i całkowita obojętność na bodźce zewnętrzne kazały mi podejrzewać najgorsze. Albo randkują w sieci, albo w coś grają. Tertium non datur. Fakt, że symptomy dotyczyły całej trójki, wskazywał, że randkowanie raczej odpada. Krótkie i wnikliwe śledztwo ("co tam, u licha, wywijacie na tych komórkach?!") przyniosło jednoznaczną odpowiedź: grali.

A raczej grają. Na pociechę otrzymałam informację, że nie walczą z hordą kosmitów ani orków, tylko "quizują". Innymi słowy, grają w grę polegającą na sprawdzaniu swojej wiedzy w rozmaitych dziedzinach, za przeciwników mając innych użytkowników sieci. Ewentualnie siebie nawzajem, co dostarcza dodatkowej porcji emocji, bo dołożyć siostrze/bratu, wykazując jej/jego totalną ignorancję - to jest coś! Jako matka odpowiedzialna i świadoma rodzicielskich obowiązków, postanowiłam sprawdzić, czy gra nie jest aby szkodliwa. Raz, dwa założyłam sobie konto i...

No właśnie. Do tej pory rozegrałam zaledwie kilka partyjek - głównie z moim potomstwem. Wystarczyło, by się przekonać, że to był gigantyczny błąd. Dowiedziałam się bowiem o sobie kilku nieprzyjemnych rzeczy. Primo, wiem mniej, niż do tej pory sądziłam. Secundo, w niektórych obszarach nie wiem zgoła nic. Tertio, w innych obszarach wiem całkiem sporo, choć wolałabym nie wiedzieć.

Bo cóż to, na przykład, za satysfakcja, że bez pudła odpowiadam na pytanie, która gwiazda filmowa w 2014 roku usunęła obie piersi? Za to pojęcia zielonego nie mam... Nie, nie przyznam się, o czym nie mam pojęcia. Zresztą, muszę kończyć. Córka rzuciła mi w sieci wyzwanie i mogę jako pierwsza wybrać kategorię. Wybieram "sztuka i piękno". Ha!

środa, 22 kwietnia 2015

Change money, czyli oferta do odrzucenia

Napisał dziś do mnie Jacek. Pojęcia zielonego nie mam, kim jest, ale za to on wie świetnie, kim ja jestem i zwraca się do mnie poufale - po imieniu. "Beata - pisze (no, nie da się ukryć, tak mi dali na chrzcie) - znacząco zwiększ swoje zarobki!" Wykrzyknik dodałam od siebie, bo proszę mi wierzyć, zabrzmiało to bardzo kategorycznie. Znaczy się, Jacek nie dość, że wie, jak mi na imię, to jeszcze ma niezłe rozeznanie w moich dochodach i ocenił, że mam w tym obszarze pewne, hmmm, deficyty.

Potem Jacek już nie bawi się w literaturę, tylko wali po oczach zdjęciem z podpisem: Zainwestuj w handel walutami. Na fotce zaś widnieje ekran komputera, na którym jakiś wykres słupkowy wymownie wspina się ku niebu. Oprócz tego, tylko: myszka (taka komputerowa, nie gryzoń), filiżanka (zakładam, że z kawą) i dłoń (zadbana, pazury czyste) na smartfonie.

Wnioski nasuwają się same. Jeśli posłucham Jacka, to nie ruszając się z domu, popijając kawę, zarobię krocie (to te rosnące słupki), posługując się wyłącznie myszką i telefonem. No, musiałabym tylko zrobić manicure, ale to nieistotny szczegół.

Sęk tylko w tym, drogi Jacku, że handel czymkolwiek kompletnie nie leży w mojej naturze. Natomiast, handel walutą, w moim wypadku, ogranicza się do wizyt w kantorze, kiedy muszę nabyć jakieś egzotyczne walory, które potem, jeśli nie wydam wszystkiego, często bezskutecznie próbuję z powrotem wymienić na nasze kochane, polskie złote. I doświadczenie mam takie, że na tych transakcjach wychodzę jak Zabłocki na mydle.

Dlatego, bujaj się, Jacku, czy jak ci tam, za takimi propozycjami. Wyraźnie kiepsko mnie spozycjonowałeś w swoich marketingowych analizach. Natomiast, gdybyś chciał znacząco zwiększyć moje zarobki, mogę podać numer konta. Zapraszam na priw. 

środa, 25 września 2013

Dyskretny zapach feromonów


Dostałam dziś ciekawego maila. Jak tylko zobaczyłam tytuł, wiedziałam, że to reklama i pogratulowałam sobie w duchu, że nie aktywowałam poczty bez reklam "za 1 zł miesięcznie!". Gdybym to zrobiła, nigdy nie dowiedziałabym się, że wszystkie problemy, prawdziwe i urojone, jakich doświadczam w kontaktach międzyludzkich, mogą zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ba, szybciej i bez użycia trudnego do wymówienia zaklęcia po łacinie!

O tym cudownym sposobie poinformowano mnie jednak nie od razu, umiejętnie podsycając ciekawość takim oto tekstem: "Powiedz sobie szczerze: co sądzisz o ludziach z Twojej pracy? O tych zza biurka, o szefie i klientach. Gdybyś tak mogła wpływać na ich zachowanie w skuteczny i dyskretny sposób... Chciałabyś?"

Trzeba przyznać, że autor reklamy zna życie. Nie sugeruje, żebym wrażeniami na temat szefa podzieliła się z całym światem, a jedynie prosi, bym przyznała się do nich sama przed sobą. To się da zrobić - bez większego ryzyka.Co się zaś tyczy propozycji wpływania na szefa i kolegów... Kto by nie chciał? Okazuje się, że i to jest możliwe. Wystarczy zaaplikować sobie na skórę feromony! Zakupione w internetowym sklepie, którego nazwy z oczywistych względów nie wymienię.

Jak wynika z dalszej treści maila, po zaaplikowaniu rzeczonych feromonów ludzie mnie pokochają, a ja stanę się bardziej efektywna (sic!). Wprawdzie nie napisano, w jakim obszarze, wobec czego zakładam, że w każdym. Dowiedziałam się też, że "feromony tworzą w grupie ludzi przyjacielską, pełną zaufania atmosferę" (ciekawe, czy próbowano rozpylać feromony w zakładach karnych?). I ja mogę tego doświadczyć, zakupując dowolny produkt z szerokiej gamy oferowanej przez sklep X, w dodatku z 12-procentowym upustem!

Może bym i dała się na to wszystko złapać, gdyby nie fakt, że gdzieś kiedyś wyczytałam, że istnienia ludzkich feromonów jeszcze tak naprawdę nie dowiedziono. Dowiedziono natomiast istnienia feromonów roślinnych i zwierzęcych. A ja wcale nie jestem pewna, czy chciałabym się skrapiać feromonami, dajmy na to, wilczycy w rui. Mogłabym zacząć przyciągać wilki (w końcu homo homini lupus est) lub - co nie daj Boże - wilkołaki. A wtedy moją efektywność wilcy by wzięli.

wtorek, 19 lutego 2013

Fejsbukowa lekcja adaptacji

Odkąd zaczęłam moje bytowanie w świecie Marka Zuckenberga, co jakiś czas dopada mnie irytacja z powodu tego, jak "fejs" się ze mną komunikuje. Że każe mi "lubić" czyjeś wypowiedzi (o, przepraszam, posty), choć w normalnym życiu powiedziałabym z pewnością, że mi się one podobają (o ile by mi się podobały). Że "odznacza mnie" na jakichś zdjęciach, choć z niewiadomych powodów na tychże zdjęciach za licho nie mogę siebie odnaleźć. Że zalewa mnie zaproszeniami do rozmaitych aplikacji, zupełnie nie troszcząc się o to, że nie mam pojęcia, o co w nich chodzi, a poza tym, nie mam czasu na takie głupoty. Że, że, że...

Co ciekawe, z czasem irytacja słabnie, po czym przeradza się w rodzaj obojętności i w pewnym momencie łapię się na tym, że lubię posta koleżanki, która odznaczyła mnie na zdjęciu, na którym mnie nie ma. Przyzwyczaiłam się nawet do tego, że ilekroć się zaloguję, wita mnie poufałe pytanie: "Beata, co u ciebie słychać?" i już nawet nie mam ochoty odpowiedzieć w stylu nieparlamentarnym (a może właśnie parlamentarnym).

Dziś jednak "fejs" zaskoczył mnie czymś nowym i niezwykle twórczym. Wchodzę ja sobie na stronę, żeby zobaczyć, co u mnie słychać, a tam wita mnie kategoryczne polecenie: "Upuść zdjęcia tutaj". Brak wykrzyknika jest bez znaczenia, bo ton nie pozostawia wątpliwości. Upuść i nie marudź. To, że nie upuściłam, zawdzięczam wyłącznie temu, że żadnego zdjęcia nie miałam pod ręką. Inaczej, trudno przewidzieć, czym by się to skończyło.

Dlaczego "fejs" każe zdjęcia "upuszczać", zamiast grzecznie poprosić o ich zamieszczenie, zgadywać nie zamierzam, bo niezgłębione są umysły fesjotwórców. Zastanawiam się jednak, ile czasu upłynie, nim i ten pokraczny komunikat przestanie mnie drażnić i stanie się trwałym elementem fejsowego świata. Consuetudo altera natura est. Prawda?

sobota, 3 listopada 2012

Próba mikrofonu


Halo, halo. Tu BB Radio, które w odróżnieniu od BBC, ma charakter chwilowy i efemeryczny. Co na jedno wychodzi.

Od dwóch dni jestem w Państwie Środka. I od dwóch dni desperacko próbowałam się dostać na mojego bloga, za każdym razem otrzymując komunikat, że strona jest niedostępna. Prawie już pogodziłam się z losem, kiedy nagle, dziś wieczorem (tak, wiem, że u Was jest dopiero 14-a), udało mi się zalogować na googlach i tą nieco okrężną drogą dotrzeć aż tutaj. Cud. Albo podpucha. Zobaczymy.

Dlatego: halo, halo, próba mikrofonu. To, że piszę, nie znaczy jeszcze, że uda mi się to opublikować. Sieć w Chinach podlega innym prawom niż w naszej części świata. Nie ma co marzyć o odwiedzeniu takich stron jak Yutoube, Twitter czy Facebook (moje córki odetchną - przez jakiś czas nie mam podglądu na ich aktywność w sieci). Niektóre hasła wpisane w wyszukiwarkę powodują natychmiastową reakcję alergiczną, objawiającą się komunikatem Error. Taki lokalny "erroryzm".

Zatem, jeśli uda mi się ten wpis opublikować, i tak go nie zobaczę, bo mi się nie wyświetli. Dajcie znać mailem, czy mi się powiodło.

Zàijiàn, czyli do widzenia.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Urlaub, Ulraub über alles


Tak sobie nucę pod nosem na znaną dobrze melodię i w znanym tak sobie języku. Ale jak tu nucić w innym, skoro już jutro ruszam ku lodowcom Tyrolu, żeby po raz pierwszy w życiu zakosztować  „nart letnich”?

Na te narty letnie namawiał mnie już od dawna mój szef, który nawet zagroził, że jak na nie nie pojadę, to on cofnie mi urlop. Szantażysta! Sam ścięgno Achillesa ma uszkodzone, to teraz mnie wysyła. Do cofnięcia urlopu nie mogłam jednak dopuścić żadną miarą, bo marzę o nim od miesięcy. Więc choć organizowanie tego wyjazdu szło mi jak po grudzie i przypominało upiorny bieg z przeszkodami, wszystkie dzielnie pokonałam i jadę!

Ostatnią przeszkodą, jaką muszę pokonać (poza trasą Warszawa – Tyrol za kółkiem, rzecz jasna), jest pakowanie. Zabieram się do niego od momentu powrotu z pracy i szczerze mówiąc, niniejszy wpis jest poniekąd próbą odwleczenia nieuchronnej chwili, gdy stanę nad bezkształtną kupą rzeczy i będę musiała podjąć szereg arcytrudnych decyzji. Czy „narty letnie” oznaczają szusowanie po stokach w stroju kąpielowym? Czy moja figura po zimie zniesie kontakt z bikini? Czy w ogóle jest sens zabierania czapek i rękawiczek? Czy krem z filtrem 50 uratuje moją niemłodą już twarz przez całkowitym rozsypaniem się? Czy, czy, czy…

Co ciekawe, syn i córka, którzy mi w tej wyprawie towarzyszą, nie wydają się mieć tego rodzaju dylematów – ich młode twarze zupełnie nie obawiają się promieni ultrafioletowych, ich smukłe ciała wyglądają zjawiskowo w każdych okolicznościach,  a liczba ciuchów, które zamierzają zabrać, dobitnie świadczy o pozytywnym stosunku do elegancji na wakacjach.  Musiałabym wynająć pociąg, żeby się z tym wszystkim zabrać. Zatem czeka mnie jeszcze kilka rund negocjacji, przy których rozmowy, jakie ostatnio prowadzę służbowo z Amerykanami, bledną jak pietruszka przy pomidorze.

Ale nic to! Najważniejsze, że już za kilkadziesiąt godzin zaparkuję bezpiecznie i z gracją (oby!) przed leżącym w słonecznej dolinie domkiem, który wśród swoich licznych zalet posiada jedną, absolutnie bezcenną: nie ma tam dostępu do Internetu! Żegnajcie służbowe (i nie tylko) maile! Żegnajcie niusy-psikusy z internetowych serwisów!  Żegnajcie pokusy rozmaitych fejsów i buków. BB jest offline!

niedziela, 9 stycznia 2011

Typ organicznie aspołeczny

Wczoraj, już niemal rzutem na taśmę, udało mi się obejrzeć kinową historię największego serwisu społecznościowego świata. The social network (tym razem dystrybutor nie pokusił się o polski przekład, a szkoda, mogłoby być wesoło) to historia powstania Facebooka, o którym nie wiedzą chyba tylko mieszkańcy dżungli, himalajscy asceci oraz jednostki poniżej 4. roku życia (nie zawyżyłam aby?), bo górnej granicy wieku w tym wypadku chyba nie ma.

Zatem Facebooka przedstawiać nie trzeba. Warto natomiast poświęcić chwilę refleksji głównemu bohaterowi filmu Davida Finchera(twórcy takich m. in. obrazów jak Siedem czy Gra), czyli Markowi Zuckenbergowi - twórcy serwisu. Bo to film właśnie o nim - genialnym studencie Harvardu, który po zerwaniu z dziewczyną (to ona puściła go kantem, doszedłszy do wniosku, że Mark jest zwyczajnym dupkiem), w ramach swoistej zemsty tworzy stronę internetową, gdzie można porównywać fotki studentek. Strona robi furorę, a Mark przekonuje się, co kręci studentów (też mi odkrycie). Potem, zainspirowany pomysłem innych studentów Harvardu, którzy nieopatrznie się nim podzielili z genialnym Markiem, tworzy kolejną stronę - Facebook właśnie. Co dalej - wiadomo. Facebook robi zawrotną karierę i do dziś (historia zaczęła się w 2003 roku) wiedzie prym w sieci. Film pokazuje natomiast coś więcej - człowieka, który to wszystko wymyślił i wcielił w życie.

Cóż, nie wiem, ile prawdy jest w scenariuszu The social network. Ale jeśli choć część z tego pokrywa się z rzeczywistością, to wahałabym się czy przyjąć Marka Zuckenberga do listy moich znajomych na Facebooku. Filmowy Zuckenberg jest bowiem typem antypatycznym, zadufanym w sobie, nielojalnym (nawet wobec najbliższego przyjaciela) i organicznie wręcz aspołecznym. Jego niektóre zachowania trącą wręcz socjopatią, a pod maską pewnego siebie dupka aż kłębi się od różnego rodzaju kompleksów. Można by zadać pytanie, jak ktoś taki mógł stworzyć serwis SPOŁECZNOŚCIOWY?!

Otóż właśnie. Wygląda na to, że nie tylko mógł, ale że jest w tym jakaś przewrotna logika. Bo niezależnie od nieprawdopodobnej popularności Facebooka, milionów jego użytkowników i gigantycznej liczby godzin, które spędzają oni, śledząc sieciową aktywność innych, nazywanie tego wszystkiego "społecznością" to albo nadużycie, albo... znak czasu. Czasu, w którym ludzie spotykają się głównie wirtualnie i na dobrą sprawę nie pamiętają (a może nawet nie mają pojęcia), jak brzmi głos ich znajomych. Lub "znajomych". A jeśli jakimś cudem kiedyś usiądą z nimi twarzą w twarz, nie bardzo wiedzą, o czym rozmawiać. I JAK w ogóle rozmawiać.

Filmowy Mark Zuckenberg tego nie umiał. Umiał natomiast dostrzec, że ludzie jak powietrza potrzebują być członkiem jakiejś grupy, społeczności - choćby tak ułomnej jak ta udawana, internetowa. I dał światu narzędzie, które pozornie zaspokajając tę pierwotną potrzebę, oddala ludzi od siebie o całe lata świetlne. Fakt. Coś takiego mógł wymyślić tylko typ organicznie aspołeczny.

wtorek, 20 lipca 2010

System

W amerykańskim kinie roi się od filmów, w których światu grozi zagłada, bo terroryści dorwali się do systemów komputerowych, które to systemy, jak wiadomo, panują nad wszystkim, co się rusza i nie rusza. Wszystko wiedzą i wszystko śledzą. Zatem, jeśli się do nich ktoś dobierze (jakiś złoczyńca, na ten przykład), to ma nas, czyli nieświadomą potęgi systemu ludzkość, w garści. I trzeba na pomoc wzywać Bruce'a Willisa albo Sandrę Bullock, a oni nas ratują z opresji.

Po obejrzeniu takiego filmu człowiek boi się własnego komputera, a na słowo "system" reaguje zespołem lęku napadowego. Dla wszystkich, którzy są bliscy systemofobii, mam jednak dobrą wiadomość: bez paniki! W naszym pięknym kraju nad Wisłą system nie dość, że nie kontroluje wszystkiego, to zdarza się, i to wcale nierzadko, że nie kontroluje niczego, a zwłaszcza tego, do czego został powołany.

Przykład? Proszę uprzejmie. Parę dni temu dostałam pocztą plik faktur z PGNiG . Część nosiła nazwę korygujących, a część była bez żadnych przymiotników, no chyba żeby za przymiotnik uznać w drodze wyjątku rzeczownik VAT. Na fakturach korygujących figurowały liczby ujemne, z czego wynikało, że zapłaciłam za więcej gazu niż go zużyłam i Polskie Gazownictwo gotowe jest mi tę nadpłaconą kasę oddać (uff!). Na fakturach VAT figurowały liczby dodatnie, zwane zaliczkami. Szybko dodałam sobie jedne do drugich i wyszło mi z tych obliczeń, że powinnam zapłacić PGNiG parę złociszów z groszami.

Żyję jednak w naszej ojczyźnie już wystarczająco długo, by wiedzieć, że takie obliczenia, choć logiczne, mogą się rażąco rozmijać z rzeczywistością. I jeśli, co nie daj Boże, zapłacę nie tyle, ile się należy, to dostanę następne korekty i korekty korekt, a do wszystkiego będą dołączone pisma straszące mnie grzywnami, więzieniem i piekłem. Taka korespondencja może się ciągnąć do dnia sądu ostatecznego, przy czym znacznie wcześniej PGNiG odetnie mi gaz. Postanowiłam więc rzecz sprawdzić u źródła, czyli w biurze PGNiG.

Tak się szczęśliwie składa, że całkiem niedawno Polskie Górnictwo i Gazownictwo otworzyło sobie siedzibę na mojej ulicy. Jest tam kasa, biuro obsługi klienta oraz jakieś trzecie biuro, którego charakteru nie udało mi się zgłębić, bo mnie do niego nie wpuszczono. Zapoznałam się za to z dwoma pierwszymi. Najpierw udałam się do kasy. Pomyślałam sobie bowiem tak: Pójdę, pokażę te faktury, pani rzuci okiem, zerknie do komputera, system (ważne słowo!) pokaże jej, jak się moje rozliczenia mają, zapłacę wskazaną kwotę (tych parę złociszów z groszami) i wrócę do domciu. Było trochę inaczej - pani rzuciła okiem (na mnie, nie na faktury), po czym na pytanie, ile się należy, wykrzyknęła zdumiona: "A skąd ja mam wiedzieć!". "No, jak to skąd, proszę sprawdzić w systemie" - podsunęłam naiwnie. "Nie mam podglądu, niech pani idzie do biura obsługi klienta" - ucięła pani kasjerka.

No to poszłam. Odczekałam swoje, a kiedy przyszła moja kolej, rozłożyłam przed nosem przedstawicielki Polskiego Gazownictwa moje faktury korygujące i faktury VAT, pytając, co mam z tym zrobić. Pani zajrzała do komputera, coś tam wyklepała na klawiaturze, ponownie spojrzała na ekran, zmarszczyła brwi, po czym oznajmiła: "Proszę zapłacić faktury VAT. Korekty są już w nich uwzględnione." Ha! Czyli miałam rację - moje obliczenia były do bani, niestety. Jak dobrze, że tu przyszłam. Pragnąc jednak uniknąć podobnych wizyt w przyszłości, spytałam - w swoim mniemaniu retorycznie: "Czyli jak dostanę takie faktury, to mam płacić te VAT, a tymi korygującymi się nie przejmować?". "Różnie bywa - oznajmiła pani od gazu - system nie zawsze sam dokonuje korekt. Tak to już jest."

No właśnie, proszę państwa, tak to już jest. System raz liczy, raz nie liczy, raz koryguje, a innym razem olewa korekty. Podejrzewam, że gdyby go zabrakło, faktury płacone by były z nie gorszym skutkiem niż to się dzieje obecnie. I dlatego nam, Polakom, żaden Bruce Willis nie jest potrzebny. No, chyba że do reklamowania wódki. Swojej własnej.

wtorek, 16 marca 2010

wtorek, 5 stycznia 2010

Klik, klik - problem znikł!

Oto doskonała wiadomość dla ludzi cierpiących na uzależnienie od sieci: już wkrótce sformalizowany zostanie zawód internetowego psychologa! Teraz każdy, kto z dala od Internetu czuje się jak narkoman na głodzie, będzie mógł bez wyrzutów sumienia spędzać życie w wirtualnym świecie, mając w dodatku poczucie, że czyni to dla własnego dobra. Będzie mógł godzinami siedzieć na skajpie lub gadu-gadu, gdzie za przystępną stawkę (przystępną, w porównaniu do stawek psychologów "realnych") wirtualny psycholog udzieli mu kompetentnej porady, jak się wyplątać z sieci. Będzie mógł pisać długie mejle, opowiadając o swoich problemach i czytać równie długie, zawierające analizę tychże. Super!

Oczywiście, wirtualny psycholog (dla zmyłki zwany internetowym, coby nie sprawiać wrażenia, że go nie ma) nie będzie się ograniczał do "leczenia" wyłącznie uzależnionych od sieci. Będzie leczył wszystko i wszystkich, prowadząc także internetowe kursy rozwoju oraz tłumacząc sny (sic!). Klik, klik - problem znikł! W niektórych przypadkach tych "klików" będzie pewnie więcej, w innych nieco mniej, ale i tak dostępność usługi będzie większa niż w wypadku psychologa z gabinetem i wiszącym na ścianie dyplomem.

Niektórzy malkontenci utrzymują, że taki sposób prowadzenia porad czy - nie daj Boże - terapii - jest co najmniej ryzykowny. Brakuje w nim bowiem osobistego kontaktu, ponoć niezbędnego w pracy psychologa (psychoterapeuty). E tam, przesada. Skoro można się zakochać przez internet, to co dopiero doradzać (choćby i w kwestiach uczuciowych komplikacji). W końcu emotikonki z powodzeniem zastępują mimikę i jeśli ktoś nie pomyli znaczków, to jego stan emocjonalny będzie dla terapeuty widoczny jak na dłoni. Chyba, że terapeuta się nie zna, ale tu otwiera się pole dla różnego rodzaju trenerów, którzy za przystępną stawkę raz-dwa przeszkolą terapeutę w zakresie internetowego kodu emocjonalnego.

Trochę mnie jednak niepokoi kwestia tożsamości wirtualnego - pardon!- internetowego psychologa. Jak przestrzegają znawcy tematu, Internet to doskonałe miejsce dla uprawiania różnego rodzaju oszustw i procederów przestępczych, bo tu stosunkowo łatwo zachować anonimowość - przynajmniej do czasu wkroczenia policji i prokuratora. Ale wtedy, na ogół, jest już za późno, bo krzywda się stała i się nie odstanie. Pół biedy, jeśli na skajpie zaczepi nas oficer ochrony prezydenta Mahmuda Abbasa (taki zaszczyt kopnął mnie jakieś dwa lata temu: szczegóły tu ). Gorzej, jeśli wybrany przez nas psycholog, który ma nam pomóc rozprawić się z upiorami przeszłości, sam okaże się upiorem teraźniejszości lub - w najlepszym wypadku - świeżo upieczonym magistrem psychologii, który w dodatku pracę dyplomową obronił na trzy z minusem.

Reasumując, pomysł wydaje się co najmniej kontrowersyjny. Choć, jeśli się weźmie pod uwagę, że Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej zamierza wydać rozporządzenie zatwierdzające formalnie zawód wróżbity, psycholog internetowy broni się całkiem nieźle. Dostrzegam w tym nawet pewną logikę, a także wyraz uduchowienia rzeczonego ministerstwa. Które najwyraźniej postanowiło oderwać się od szkiełka i oka. Może pod wpływem internetowego wróżbity?

wtorek, 8 grudnia 2009

O Mikołajku, mikołajkach i nowych początkach (kolejność przypadkowa)

No, to znalazłam moje nowe "oczko w sieci". Sieci, czyli necie - z prefiksem "inter", który to prefiks na ogół oznacza "pomiędzy". I to by się, w zasadzie, zgadzało, bo internet to coś pomiędzy rzeczywistością a nierzeczywistością, przestrzeń, której nie rozumiem, choć poruszam się po niej dosyć sprawnie. I tylko pytanie, czy poruszam się w jakimś określonym celu i kierunku...

Ale wracając do mojego "oczka w sieci"... Idąc za radą przyjaciela, który - w przeciwieństwie do mnie - internet doskonale rozumie, wybrałam to właśnie miejsce, by po raz kolejny "zacząć od początku". Moje poprzednie "oczka" to już tylko wspomnienie - miłe, nie powiem, ale byłe. To jest moje hic et nunc. Na jakiś czas.

Żeby jednak "nowy początek" nie był tak stuprocentowo refleksyjny (co na ogół oznacza: pozbawiony treści), teraz słów kilka o tym, co w grudniu najgłośniej w trawie piszczy. Metaforycznie, rzecz jasna, bo kto widział w grudniu trawę? Eee... właśnie sobie uświadomiłam, że widziałam, i to nie tylko trawę, ale... kaczeńca! Jednego, fakt, ale za to żywego i żółciutkiego, malowniczo kwitnącego nad uroczą strugą płynącą przez wieś Buda Ruska na Sejneńszczyźnie. Było to 2 grudnia tego roku, a więc w porze, gdy nikt przy zdrowych zmysłach kaczeńców nie szuka. Ja też nie szukałam, sam się znalazł i dał mi do myślenia. Może z tym globalnym ociepleniem to nie do końca ściema?

Wracając jednak do tego, co w grudniowej trawie piszczy, stwierdzam bez wahania, że najgłośniej piszczy w niej święty Mikołaj. I to bynajmniej nie z własnej woli, ale z woli handlowców i speców od marketingu, którzy eksploatują biednego starca w sposób zupełnie pozbawiony litości. Podejrzewam, że za równie eksploatowanym reniferem w końcu ujmą się obrońcy praw zwierząt. Ponieważ jednak nie istnieje żadne stowarzyszenie broniące praw świętych, Mikołaj z Myry musi się pogodzić z tym, że stał się Mikołajem z Laponii, po drodze przechodząc upokarzającą metamorfozę w potrząsającego dzwonkiem krasnala. Panie, widzisz i nie grzmisz?!

Trzeba jednak przyznać, że specjaliści od robienia biznesu na świętach miewają czasem niezłe pomysły. Zaliczam do nich sprezentowanie narodowi na mikołajki film pod znamiennym tytułem "Mikołajek". Kto czytał, wie, o czym piszę. Kto nie czytał, niech szybko przeczyta cykl o Mikołajku, a potem niech idzie do kina. W tej kolejności! Ja, idąc na film, byłam jednym wielkim sceptycyzmem. Jak oddać na ekranie specyficzny humor "Mikołajka", klimat Francji lat 60.? Jak zebrać w spójną całość luźne historyjki, składające się na książki Goscinny'ego? Mission impossible! A jednak - possible. Film świetny, "klimatyczny", uroczy i zabawny. Chwilami śmiałam się do łez, a fakt, że wraz ze mną śmiała się moja 16-letnia Zośka i 12-letnia Baśka, to chyba najlepsza recenzja. Chapeau bas!