W piątek odwiedził mnie przyjaciel z Francji. Znamy się kopę lat, z czego dobrą dychę Mathieu (zwany Mateuszem) był moim szefem. Szefem nietypowym, który tym się różnił od pętających się wówczas tłumnie po Polsce "ekspatów", że nauczył się polskiego i jeździł fordem fiestą, jak ognia unikając wielkiego merca z kierowcą, którego do dyspozycji dała mu firma.
Fakt, że od dziesięciu lat Mateusz znowu mieszka w Paryżu, nie zmniejszył jego przywiązania do Polski oraz znajomości naszego języka, który pielęgnuje, czytając po polsku co podleci - artykuły w sieci, książki i wszelkie inne słowo drukowane. Interesuje się naszą polityką (jest jednym z nielicznych znajomych cudzoziemców, którym nie muszę tłumaczyć, kto to Lepper, Giertych, Pawlak czy Rokita) i historią. Wie, co to kresy, umie bezbłędnie wymówić nazwisko marszałka Piłsudskiego, a Uniwersytet Jagielloński nie brzmi w jego ustach jak "żażelon". Kiedy przyjeżdża, dyskutujemy zawzięcie - ja drażnię go francuskim fundamentalizmem laickim i reżimem Vichy, on wytyka mi nasze polskie grzeszki, drążąc temat relacji polsko-litewskich czy polsko-ukraińskich.
Mateusz o Katyniu nie tylko "słyszał". Mateusz wie, gdzie Katyń leży, wie, że za tą symboliczną nazwą kryje się kilka obozów, których nazwy potrafi wymówić, nie myląc Kozielska z Kozienicami. Zatem, kiedy ostatnio świat nagle dowiedział się o Katyniu, Mateusz o niczym się już nie musiał dowiadywać i niczemu dziwić. A jednak się zdziwił. Lecąc do Warszawy, wziął do ręki piątkową Gazetę Wyborczą i przeczytał artykuł "Jednomyślność po katastrofie" autorstwa Bronisława Łagowskiego. I - jak mi powiedział - miał nadzieję, że czegoś nie zrozumiał, więc poprosił, bym ten artykuł przeczytała i uspokoiła go, że "nie skumał bazy".
Ale skumał. Dokładnie zrozumiał, że w celu zaatakowania "polityki historycznej" PiS-u, pan Łagowski posłużył się zbrodnią katyńską, posuwając się nawet do cytowania Adama Zamoyskiego, który nie chciał jeździć "na żadne głupie msze w Katyniu". Pan Łagowski pisze tak: Z historii świeckiej, gdzie czyny się przedawniają, lekkomyślni Polacy przenoszą Katyń do sfery niby-świętej, gdzie wszystko, co było kiedykolwiek, może istnieć w nieskończoność, pod warunkiem, że jest podtrzymywane w symbolicznym bycie za pomocą odpowiednich rytuałów.
Jestem tylko "lekkomyślną Polką", która bardzo sobie ceni rytuały, więc nie skomentuję. Oddam za to głos Mateuszowi znad Sekwany, który potrząsał nad tym głową z niedowierzaniem i pytał mnie retorycznie: "Wyobrażasz sobie, żeby coś takiego napisać o holokauście? Dopiero byłoby wrzask." Ano byłby. I pewnie zaraz by powiedziano, że jakież to porównanie, bo tam parę milionów, a tu "tylko" dwadzieścia parę tysięcy, tam ludobójstwo, a tu tylko zbrodnia... Więc w przypadku holokaustu, o przedawnieniu nie ma mowy i będzie on istniał w nieskończoność. Bo holokaust już dawno jest w sferze świętej, do której, zdaniem pana Łagowskiego, Katyń nie może aspirować i musi się zadowolić partykułą "niby".
Trudno to zrozumieć z perspektywy Paryża. Jeszcze trudniej z perspektywy Warszawy czy Krakowa. Nie wiem, z jakiej perspektywy pisał pan Łagowski, ale zastosowanie trzeciej osoby liczby mnogiej ("lekkomyślni Polacy przenoszą...") sugeruje, że chyba nie z polskiej. To wiele wyjaśnia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Wyborcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Wyborcza. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)
