Usłyszałam dziś w radio mrożącą krew w żyłach informację. Na rynek wkrótce trafią telewizory pozwalające odbierać obraz w 3D. Trójwymiarowo, znaczy. Ergo, to, co przeżyłam podczas kinowej projekcji "Awatara", teraz będę mogła sobie zafundować w domu, popijając kawę (zamiast coli) i chrupiąc orzeszki (zamiast popcornu). Kiedy główny bohater wzleci nagle w przestworza na barwnym pterodaktylu, ja wzlecę razem z nim, błędnik mi oszaleje i obleję się gorącą kawą (zamiast zimnej coli), a po całym pokoju rozsypię orzeszki (zamiast popcornu). Będzie super.
Okazuje się jednak, że 3D to już niejako przeżytek i nie ma się czym ekscytować. W tym samym radio wystąpił przedstawiciel jednego z producentów odbiorników RTV i oznajmił radośnie, że co sobie będziemy żałować! Dołóżmy jeszcze 4-e i 5-e D! Czwartym będą doznania zapachowe, o piątym nic nie powiedział, ale wydedukowałam, że chodzi o zmysł dotyku.
Hm..., wyobraźmy to sobie. Obejrzyjmy w 5D (na razie, tylko hipotetycznie) film "Złoto dla zuchwałych". Jest tam taka scena, w której amerykańscy żołnierze kryją się przed pociskami niemieckiego Tygrysa. Pech chciał, że na kryjówkę wybrali sobie niszę tuż przy drewnianym wychodku. Tygrys strzela, trafia w wychodek... Co dalej - łatwo sobie dośpiewać. Nasi bohaterowie wychodzą bez szwanku (w końcu, to komedia), ale za to ubabrani po czubek głowy. A my... A my, dzięki cudownej technologii 5D, nie dość, że czujemy roznoszący się w powietrzu wiadomy zapaszek, to jeszcze, za sprawą szóstego D... Yyy, lepiej sobie za dużo nie wyobrażać!
Wychodzi więc na to, że te wszystkie D mogą nam faktycznie dostarczyć niezapomnianych doznań. Pytanie tylko, czy upragnionych. Nie jestem pewna, czy za każdym razem, gdy bohater filmu splunie, chciałabym mieć na twarzy wilgotny ślad, a nosem wyczuć do bólu realistyczny zapach jego potu. Idąc tym torem myślenia, można dojść do wniosku, że wielu filmów po prostu nie da się w 5D oglądać. Weźmy obrazy historyczne, w których akcja toczy się w wiekach średnich, kiedy to - jak wiadomo - z higieną osobistą bywało różnie, a miasta - wszystkie jak leci - cuchnęły w sposób niewyobrażalny. Z takiego seansu można nie wyjść żywym.
Przewiduję, że jak tak dalej pójdzie, wkrótce zatęsknimy za kinem niemym, w którym Agnes Ayres nadekspresyjnie okazywała miłość Rudiemu Valentino, a ludzie wzruszali się do łez, choć nie czuli zapachu perfum pięknej Agnes ani tchnienia pustynnego wiatru na twarzach. I pewnie szybko uznamy, że kino, które opiera się na dorzucaniu kolejnych D, jest po prostu kinem do de.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4D. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4D. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 stycznia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)
