sobota, 7 listopada 2020
Jesienna ballada
poniedziałek, 2 listopada 2020
Pamięć. Tryptyk
Odwiązuję się...
Odrywam,
odpruwam,
odcinam,
Zostaje rana,
dziura,
wyrwa,
którą może zaszyję
krzywym ściegiem,
koślawo,
żeby było znać.
Listy
Spośród twoich listów,
najbardziej kochane
są te niewysłane.
Słów pisklęta, co jeszcze
nie potrafią latać,
wtulone w ciepłe gniazdo,
oczekują lata.
Wsłuchana w ich świergot,
w każdą myśl skrzydlatą,
wróżę z piórek łopotu
i znaczenia wieszczę.
Spośród twoich listów,
najbardziej kochane
są te niewysłane.
Z twych listów niewysłanych
zrobię origami.
Biały łabędź popłynie -
hen – po rzece wspomnień.
I odnajdzie cię dla mnie.
I przywiedzie do mnie.
Guzik
Znalazłam w szafie guzik
od twojego płaszcza.
Chciałam go wyrzucić.
(Guzik mi przyjdzie z takiego guzika!)
Nitka pamięci
z igłą tęsknoty
wbiły mi się pod skórę
i bez znieczulenia
przyszyły mnie do ciebie -
mocno, na okrętkę.
sobota, 23 maja 2020
Dwa psy, kot i kaczki, czyli opowiastka z morałem
Każda opowiastka powinna mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie. A zatem...
Był piękny, majowy piątek. Słońce, lekki wiatr, Ogród Saski, ja, PiW i Morti - nasz husky. Zasłużony spacer po długim dniu pracy zdalnej, od której kręgosłup wysiada i psyche siada. Na twarzach maseczki ochronne, psia ich mać, a na psim pysku wyraz głębokiej satysfakcji, że on kagańca nosić nie musi.
Idziemy tempem zmiennym, bo Morti lubi sobie przypomnieć, że w żyłach mu płynie krew psów pociągowych, więc czasem stępa, czasem truchtem, a czasem kłusem. Fajno jest. Nagle - stop! Na krawędzi trawnika siedzi trzech młodzieńców w wieku podstawowo-szkolnym, jeden trzyma w ręku patyk. - Jaki śliiiiczny piesio! Można pogłaskać? - Można...
Zaczyna się głaskanie, Morti dostaje patyk, więc już wiadomo, że trochę tam postoimy. Żeby nie było drętwo, zaczynam rozmowę. Dzieciaki okazują się komunikatywne, nawijają jeden przez drugiego.
- Ja też mam psa! - mówi ten od patyka.
- A ja mam dwa! - przebija drugi.
- Ja mam jorka - dodaje trochę nieśmiało trzeci, jakby nie był pewny, czy jork w ogóle liczy się za psa.
Okazuję zainteresowanie, pytam o rasy i imiona zwierzyńca. Ten od patyka ma spanielkę imieniem Maja. Ten drugi za to wali z grubej rury:
- A ja mam malamuta i... ten, tego, jak on się nazywa... owczarka niemieckiego!
Kiedy pytam o imiona, długo się zastanawia, by w końcu wybąkać coś niewyraźnie. Ale zaraz dodaje:
- I mam jeszcze kota! I... kaczki!
- Kaczki? - dziwię się nieco - I jak one wszystkie żyją ze sobą? Psy nie polują na kota, a kot na kaczki?
- Nie, skąd! - zapewnia młodzian, już bardziej pewny siebie - Nawet śpią razem!
W tym momencie Morti wypluł ostatnie wióry po patyku, więc mogliśmy ruszyć dalej, życząc młodzieńcom miłego dnia.
- Malamut, wilczur, kot i kaczki - kręciłam głową ze zdumieniem. - Nie sądzisz, że coś tu nie gra? PiW załatwił sprawę krótko:
- Jasne, że nie gra. Głowę dam, że dzieciak nie miał nawet kanarka. Nie chciał być gorszy od kumpli, więc coś tam wymyślał. Tyle że przeholował.
Trochę mi się zrobiło żal "właściciela" malamuta, wilczura, kota i kaczek. Miał w oczach coś takiego.... A potem naszła mnie refleksja, że niezależnie od tematu trzeba uważać z narracją. Żeby się nam zanadto nie rozhulała. Bo malamuta i wilczura pewnie przełknęłabym gładko. Kot uszedłby w tym tłoku. Ale kaczki?
Uważajmy, żeby nie pójść o kaczki za daleko.
![]() |
| Rożeniec zwyczajny, Fot. Wikipedia, domena publiczna |
czwartek, 16 kwietnia 2020
Kwarantanna, czyli uroki telemedycyny
Początkowo myślałam, że jakby co, to głosowałabym raczej za pandemią lub kwarantanną, bo w sumie, to niemal cały gatunek homo sapiens ich w 2020 doświadcza, ale od wczoraj myślę, że na palmę pierwszeństwa zasługuje jednak telemedycyna. A było to tak...
Wczoraj o świcie mój PiW obudził się z jękiem. Zdarza mu się to niezwykle rzadko, bo to twardy facet i zasadniczo nie jęczy, zatem mocno się zaniepokoiłam. Okazało się, że coś jest nie tak z jego prawą dłonią. Rwący ból i opuchlizna oraz karminowa barwa środkowego palca (bez skojarzeń proszę!). "Zastrzał" - orzekłam autorytatywnie, korzystając z wielopokoleniowego doświadczenia przekazanego mi przez babcię. PiW, jak to PiW, spojrzał na mnie z politowaniem, dając do zrozumienia, że ludowe mądrości to mogę sobie zachować dla siebie i swoich środkowych palców.
Szybko się jednak okazało, że nawet twardziele czasem muszą przyznać, że jak boli, to boli, zwłaszcza jeśli jest się praworęcznym, a spuchły i bolą jak wszyscy diabli wszystkie paliczki prawej kończyny górnej. (Ha! Zna się te pojęcia anatomiczne!) Mając świadomość, że o wizycie u lekarza możemy sobie co najwyżej pomarzyć, demokratycznie uznaliśmy, że pora wypróbować tak bardzo promowaną w dobie kwarantanny poradę telemedyczną w prywatnej przychodni, w której mamy wykupiony abonament. Zanim jednak PiW chwycił (lewą ręką, rzecz jasna) za telefon, jako świadomi, potencjalni pacjenci telemedyczni, cyknęliśmy kilka fotek nieszczęsnej kończyny, ukazujących cały rozmiar nieszczęścia, który to rozmiar z każdą chwilą wydawał się większy (puchł już palec serdeczny).
Pan doktor był miły, nie powiem. Słuchał z zainteresowaniem (chyba). PiW wzniósł się na wyżyny elokwencji, używając terminologii ścisłej (paliczki, brak urazu mechanicznego, możliwe nadkażenie lekkiego oparzenia, etc.). Wspomniał o zdjęciach. Pan doktor uznał jednak widocznie, że telemedycyna to forma audio, a nie wideo, zatem fotkami się nie zainteresował. Natomiast dosyć szybko wydał zalecenie: smarować palec altacetem i czekać na rozwój wypadków. W razie czego ponownie sięgnąć po poradę telemedyczną.
Trochę się zdziwiłam. Wyglądało bowiem na to, że mamy walczyć z opuchlizną, kompletnie nie przejmując się toczącym się pod skórą (a kto wie, może i głębiej) procesem zapalnym. No ale porada to porada. Posłusznie obłożyliśmy rękę PiW-a altacetem i każde z nas udało się do swojego biura, czyli ja do jadalni, a on do salonu.
Po skończonym dniu pracy przyszła pora na weryfikację postępów leczenia. No, nie wyglądało to najlepiej. Powiem więcej, wyglądało fatalnie. Teraz spuchnięta była już cała dłoń, a barwa karminowa zaczęła gdzieniegdzie przechodzić w siną. Uznaliśmy, że to absolutnie wystarczający powód, by znów skorzystać z dobrodziejstw telemedycyny. Fakt, że przychodnia tym razem połączyła nas z innym lekarzem, uznaliśmy w sumie za korzystny. Przyda się tak zwana druga opinia.
Tym razem rozmowa była krótsza. Pan doktor był uprzejmy, aczkolwiek trudno mu było ukryć rozbawienie, gdy usłyszał o kuracji altacetowej. Bez zbędnych ceregieli skierował PiW-a na wizytę twarzą w twarz z chirurgiem, oczywiście wcześniej zadawszy kilka magicznych pytań na okoliczność potencjalnego zarażenia koronawirusem.
PiW jest już po wizycie. Diagnoza: zapalenie tkanki łącznej. Altacet został zdetronizowany na rzecz antybiotyku. Trudno jeszcze przesądzać o skuteczności terapii, ale mimo generalnej niechęci do antybiotyków, nieśmiało podejrzewam, że w tym przypadku to dobry wybór. Ktoś mógłby zapytać, jaki morał z tej bajki. Ano morał jest taki: telemedycyna telemedycyną, ale i tak in fine liczy się to, kto siedzi na drugim końcu kabla.
PS Fotka nieco od czapy, ale nie mogłam się oprzeć - w końcu od dziś TRZEBA ZASŁANIAĆ TWARZ.
piątek, 10 kwietnia 2020
Święta bez decorum, czyli życzenia z komentarzem
To nietypowe Triduum zmusza, by - jak w którymś ze swoich trafnych komentarzy powiedział ojciec Szustak - religijność ustąpiła miejsca wierze. Żeby z tej próby wyjść zwycięsko, muszę zmobilizować wszystkie moje duchowe aktywa. Czy brak "koszyczka" wpędzi mnie w depresję, czy raczej pozwoli naprawdę poczuć - co niby intelektem obejmuję od dawna - że koszyczek to tylko didascalia?
Okaże się. A tymczasem powtarzam sobie "bądź wola Twoja". Bo, w sumie, cóż mądrzejszego mogłabym powiedzieć?





