czwartek, 18 lipca 2013

Homo nie wiadomo co

Otworzyłam dziś na chybił-trafił tomik Szymborskiej "Tutaj". Co masz mi do powiedzenia, noblistko? - pomyślałam. No i dostałam - pięścią między oczy. Wiersz "Nieczytanie". O tym, że - cytuję - "żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami". W samo sedno.

Oto my. Homo sapiens dyndający na niewidzialnym łańcuszku od TV-pilota. Homo sapiens wyznający miłość esemesem, ślący gwiazdki (całuski) i dwukropko-nawiasy (uśmieszki). Homo sapiens klikający w internetowe "newsy" napisane tak, by zmieścić się w limicie x znaków. Homo sapiens śmiertelnie zmęczony, gdy musi przeczytać zdanie nie daj Boże wielokrotnie złożone. Homo sapiens przeżuwający homogenizowaną papkę prostej i szybkiej informacji.

Homo. Ale czy jeszcze sapiens?



niedziela, 2 czerwca 2013

Dlaczego nie kupię tabletu od T-Mobile

Jest taka reklama. Samochodem jedzie rodzinka, dzieci rozrabiają, rodziców szlag trafia. Nagle tatuś widzi bilbord, a na nim reklamę tabletów. I mamy happy end: dzieci, grzeczne jak aniołki, wgapiają się - każde w swój tablet, a rodzice, błogo uśmiechnięci, cieszą się świętym spokojem.

Ta reklama, bodajże sieci T-Mobile, w dodatku wyemitowana w Dniu Dziecka (widziałam ją wczoraj po raz pierwszy), daje do myślenia. Sieć T-Mobile, której reklamowy slogan brzmi (brzmiał?) "Chwile, które łączą", ma naprawdę bardzo ciekawe pojęcie o tym, co ludzi łączy. A już o tym, co łączy rodziców i dzieci, zwłaszcza. Najwyraźniej, w opinii speców od reklamy firmy T-Mobile, najlepsze chwile, które łączą rodzinę, to te, w których każdy zajmuje się sobą i nie zawraca głowy innym. A recepta  na rodzinne szczęście jest prosta: chcesz mieć z głowy dziecię - nadzieja w tablecie!

Informuję zatem firmę T-Mobile: choćbyście rozdawali te tablety za darmo, moja rodzina ich nie weźmie. To będzie mój wkład w wychowanie waszych speców od reklamy. Którym, notabene, serdecznie współczuję. Bo albo mają skrzywione pojęcie o relacjach dzieci - rodzice, albo są ciężko chorzy na cynizm. Tertium non datur!






sobota, 1 czerwca 2013

Dzieckiem w kolebce...


...kto łeb urwał Hydrze, 
Ten młody zdusi Centaury.
Piekłu ofiarę wydrze, 
Do nieba pójdzie po laury. 

Nie mam pojęcia, dlaczego z okazji Dnia Dziecka przypomniał mi się Mickiewicz. Pewnie przez to dziecko w kolebce. No i przez profesor Juszczak, której tradycyjnym metodom nauczania zawdzięczam całe mnóstwo romantycznych kawałków wykutych na blachę. Do dziś mogę recytować Panią TwardowskąLilije i Czaty, co moje potomstwo przyjmuje z pewnym politowaniem. Tłumaczenie im, że mierzenie się z wersami wieszcza było trochę jak walka Herkulesa z Hydrą, wydaje się przedsięwzięciem - by znów odwołać się do mitologii - na miarę Syzyfa. No, dobra, staruszko, nauczyłaś się kupy wierszydeł na pamięć. I co ci z tego przyszło? Gdzie te laury?

Sama nie wiem. Patrzę na dzisiejszych licealistów i zastanawiam się, czy faktycznie brak wiedzy na temat, kto napisał Hej, użyjmy żywota! Wszak żyjem tylko raz! (o umiejętności cytowania utworu z pamięci nie wspominając) dyskwalifikuje ich w wyścigu na Olimp Wykształconych. Mój ojciec, wojenny gimnazjalista, z pewnością by się do tej tezy przychylił. On uczył się Pieśni Filaretów na kompletach podczas okupacji, przez co zapewne  wartość Mickiewiczowskich wersów, mierzona wartością życia, stawała się bezcenna. Dla dzisiejszych nastolatków czas spędzony na wkuwaniu archaicznych kawałków (co to w ogóle znaczy "podsyp zapał, a żywo"?) postrzegany jest jako czas ewidentnie stracony.

Hydry moich dzieci mają na imię Informatyka, Podstawy Przedsiębiorczości i tym podobne. Zastanawiam się, czy jak im urwą łeb, to w niedalekiej przyszłości dadzą radę mierzyć się z Centaurem, któremu na imię Rynek Pracy. Jedno muszę przyznać: Pani Twardowska raczej im w tym nie pomoże. 

wtorek, 28 maja 2013

Dźwięk i wdzięk, czyli nostalgiczne wspomnienia bardzo już dojrzałej czytelniczki


W dzisiejszym radio od rana głośno o setnej rocznicy urodzin Jerzego Wasowskiego. Z tej okazji Teatr Studio wystawia spektakl z piosenkami jubilata „Miasteczko Harmider”. Na przedstawienie pewnie nie dotrę, ale może obejrzę w telewizji. Świetna melodia z błyskotliwym tekstem to towar w dzisiejszym szołbiznesie prawie nie do kupienia, więc „Miasteczko…” zapowiada się na nie lada gratkę. Już sam Wasowski to marka, a jak się do tej marki dołoży inne brandy – Przyborę, Młynarskiego, Poniedzielskiego, to dostajemy produkt klasy światowej, a w dodatku nie do podrobienia.

Słuchając radiowych zapowiedzi, zastanawiałam się ździebko nostalgicznie, ilu dzisiejszych słuchaczy skojarzy spektakl Teatru Studio z cudowną książką Erika Linklatera „Wiatr z księżyca”. Pewnie niewielu. A ja do dziś pamiętam okładkę, na której dwa zabawne kangurki rzucały cienie dwóch niezbyt grzecznych dziewczynek… Jak wygrzebałam w sieci, parę lat temu Polskie Radio wydało tę książkę w postaci słuchowiska. Wykorzystano w nim melodie Jerzego Wasowskiego. Szkoda, że moje dzieci już za duże.

Nie mam pojęcia, jak nazywało się w oryginale miasteczko, w którym mieszkały bohaterki książki, Dora i Flora, bo jako bardzo nieletnie dziewczę, czytałam książkę, rzecz jasna, w polskim przekładzie. Tłumacz (Andrzej Nowicki – sprawdziłam w Internecie) ochrzcił je Harmider. I znów pojawia się pytanie: ilu moich krewnych-i-znajomych-królika w ogóle używa dziś tego słowa? W dodatku wymawiając je tak jak należy – z bardzo dźwięcznym h? We współczesnej polszczyźnie nawet bardziej pospolity hałas stał się bezdźwięczny, a co dopiero harmider.

Nostalgia to tęsknota nie wiadomo za czym – pisał Saint-Exupéry (w każdym razie, wydaje mi się, że to on). Czy tęsknota za dźwięcznym harmidrem i wdzięczną literaturą dla dzieci mieści się w tej definicji?

piątek, 17 maja 2013

Refleksje Nocnej Marki


Od paru dni nie sypiam za dobrze. Mniejsza o przyczyny, skupmy się na skutkach.

Po pierwsze, słucham miasta nocą. I dziękuję Bogu i miejskim urzędnikom za to, że z rzezi, która parę lat temu odbyła się przy mojej ulicy, uszło z życiem kilka drzew. Dzięki nim, poza szumem czterech kół, słyszę świergot ptaków - im bliżej poranka, tym głośniejszy i bardziej natarczywy. W dzień tego nie usłyszę. W dzień ptaki przegrywają z jazgotem miasta i zaprzątającymi mnie bardzoważnymisprawami.

Po drugie, myślę. A raczej MYŚLĘ. Z wolna, bez pogoni za plączącymi się wątkami. Bez konieczności natychmiastowych wniosków i niezwłocznego działania. Bez nacisku na "i co z tego". Takie nocne myślenie może wydać OWOC.

Po trzecie, rozmawiam. Z sobą. Z Bogiem. Z tymi, co odeszli. I wbrew mojej gadatliwej naturze, w tych rozmowach głównie słucham. Zdumiewające, ile można się dowiedzieć, kiedy się naprawdę słucha. Choćby siebie samego.

Jak zobaczysz ciemne kręgi pod moimi oczami, nie współczuj.

niedziela, 5 maja 2013

Koniec i początek


Jest taki film z Sandrą Bullock - "Sieć" się chyba nazywa... Sandra gra tam dzielną prorgamistkę, która walczy z ogólnoświatową mafią komputerową. I wygrywa, rzecz jasna. W filmie jest scena, w której programistka, przebywając na urlopie, gdzieś w egzotycznych krajach, siedzi na plaży z laptopem na podołku i zamiast się opalać, stuka w klawiaturę. Pamiętam, że ta scena wydała mi się kompletnie absurdalna - plaża, piasek, palmy i nagle - komputer. Minęło parę lat, a ja siedzę na plaży z laptopem na podołku i stukam w klawiaturę.

Właśnie kończę moje niespodziewane wakacje. Minęły jak sen jaki złoty. W pamięci zostały mi kreteńskie pejzaże, w mięśniach nóg - zakwasy po kilkunastokilometrowej wędrówce przez wąwóz Samaria. A w sercu pewna kelnerka z hotelowej restauracji, która dziś rano, witając się ze mną, poza zwyczajowym Kalimera, dorzuciła z ujmującym uśmiechem: Xristos Anesti - Chrystus zmartwychwstał! Bo dziś mają tu Wielkanoc. Poczułam się jak w domu. Kiedyś jeszcze tu wrócę. A na razie - do zobaczenia Kreto!