środa, 20 kwietnia 2011
Wielkanoc 2011
Etykiety:
ciało,
duch,
Golgota,
Góra Oliwna,
krzyż,
marc chagall,
Nisan,
prawda,
Triduum Paschalne,
Wielkanoc,
zmartwychwstanie,
życzenia
sobota, 16 kwietnia 2011
Żeby nam palma nie odbiła
Każdy ma w życiu swoje pięć minut chwały. Skala bywa wprawdzie różna – od rzęsistych oklasków na szkolnym przedstawieniu „Szewczyka Dratewki, przez spacer po czerwonym dywanie zakończony okrzykiem And the Oscar goes to…!, aż po wygłoszenie podziękowań na scenie Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk. Nieważne jednak obiektywne powody - chwała to chwała – zawsze cieszy. W takich chwilach człowiek czuje, że świat leży mu u stóp.
Problem jednak w tym, że powiedzenie o pięciu minutach zawiera w sobie głęboką mądrość. Sugeruje bowiem, że czas glorii jest ograniczony, a po nim nieuchronnie następuje stan do chwały przeciwny. Czyli klapa. Obrazowo nazywa się to upadkiem z wysokiego konia, co jednoznacznie kojarzy się z czymś bolesnym i upokarzającym.
Ilekroć maszeruję do kościoła z palemką w garści, myślę sobie, że Niedziela Palmowa to doskonała ilustracja odwiecznej prawdy, że żadna chwała na tym świecie nie jest dana raz na zawsze. Świat udziela jej bowiem kapryśnie – równie szybko daje, jak i odbiera. W jednej chwili sadza nas na honorowym miejscu, a już w następnej nie wpuszcza nawet do przedpokoju, pytając „A pan tu względem czego?”.
Górki i dołki. Głaski i klapsy. Zwycięstwa i klęski. Zasadniczo, przyjemne to nie jest. Ale za to jest pożyteczne. Żebyśmy nie zapomnieli, że prezesem/premierem/przewodniczącym klasy się tylko BYWA. Żeby nam palma nie odbiła.
Problem jednak w tym, że powiedzenie o pięciu minutach zawiera w sobie głęboką mądrość. Sugeruje bowiem, że czas glorii jest ograniczony, a po nim nieuchronnie następuje stan do chwały przeciwny. Czyli klapa. Obrazowo nazywa się to upadkiem z wysokiego konia, co jednoznacznie kojarzy się z czymś bolesnym i upokarzającym.
Ilekroć maszeruję do kościoła z palemką w garści, myślę sobie, że Niedziela Palmowa to doskonała ilustracja odwiecznej prawdy, że żadna chwała na tym świecie nie jest dana raz na zawsze. Świat udziela jej bowiem kapryśnie – równie szybko daje, jak i odbiera. W jednej chwili sadza nas na honorowym miejscu, a już w następnej nie wpuszcza nawet do przedpokoju, pytając „A pan tu względem czego?”.
Górki i dołki. Głaski i klapsy. Zwycięstwa i klęski. Zasadniczo, przyjemne to nie jest. Ale za to jest pożyteczne. Żebyśmy nie zapomnieli, że prezesem/premierem/przewodniczącym klasy się tylko BYWA. Żeby nam palma nie odbiła.
Etykiety:
chwała,
Niedziela Palmowa,
pokora,
sława,
upadek. los,
zmienność losu
sobota, 9 kwietnia 2011
Aplikacja do nieba
Parę dni temu moja córka licealistka pisała pracę domową z przedmiotu o wiele mówiącej nazwie „Podstawy przedsiębiorczości”. Jak wiadomo, na tym łez padole generalnie lepiej się żyje przedsiębiorczym, zatem MEN dba o to, by przyszłość narodu wyposażyć w stosowną wiedzę w tym zakresie. Praca domowa polegała na napisaniu „listu motywacyjnego” (inaczej zwanego aplikacją), czyli pisma, które ma przekonać potencjalnego pracodawcę, by nas zatrudnił. Kandydat wymienia w nim wszystkie swoje - prawdziwe i wyimaginowane: kwalifikacje, doświadczenia, zalety, zasługi i tym podobne kwiatki, dbając wszelako, by wszystko to brzmiało choć z grubsza prawdopodobnie.
Kiedy więc moje dziecię męczyło się nad wymyślaniem przyczyn, dla których firma X powinna ją zatrudnić jako księgową, przyszło mi do głowy, że przedsiębiorczość – owszem, rzecz fajna, ale chyba nie zawsze się sprawdza. No bo wyobraźmy sobie… Jako osoba wybitnie przedsiębiorcza, siadam i piszę aplikację do… nieba. Szłoby to mniej więcej tak: Szanowny Panie Boże, nawiązując do ogłoszenia zamieszczonego w Piśmie zwanym Świętym, pragnę przedstawić moją kandydaturę na stanowisko Osoby Siedzącej po Prawicy. Jestem przekonana, że posiadam wszelkie niezbędne kwalifikacje, a moja dotychczasowa droga zawodowa pozwala mi sądzić, że sprostam i temu wyzwaniu...
Dalej wymieniłabym liczne zalety, które niewątpliwie predestynują mnie do tak zaszczytnego stanowiska. No i załączyłabym c.v., bez którego aplikacja jest – jak wiadomo – niepełna. Musiałabym tylko zataić w „cefałce” to i owo, żeby zwiększyć swoje szanse. Na koniec dodałabym skromnie, że w razie niemożności zajęcia stanowiska Osoby Siedzącej po Prawicy, Lewicą też nie pogardzę.
A potem... Potem musiałabym mój śliczny list wyrzucić do kosza. Bo przypomniałabym sobie, że Adresat bardziej ceni pokorę niż przedsiębiorczość. A poza tym – On i tak wie swoje.
Kiedy więc moje dziecię męczyło się nad wymyślaniem przyczyn, dla których firma X powinna ją zatrudnić jako księgową, przyszło mi do głowy, że przedsiębiorczość – owszem, rzecz fajna, ale chyba nie zawsze się sprawdza. No bo wyobraźmy sobie… Jako osoba wybitnie przedsiębiorcza, siadam i piszę aplikację do… nieba. Szłoby to mniej więcej tak: Szanowny Panie Boże, nawiązując do ogłoszenia zamieszczonego w Piśmie zwanym Świętym, pragnę przedstawić moją kandydaturę na stanowisko Osoby Siedzącej po Prawicy. Jestem przekonana, że posiadam wszelkie niezbędne kwalifikacje, a moja dotychczasowa droga zawodowa pozwala mi sądzić, że sprostam i temu wyzwaniu...
Dalej wymieniłabym liczne zalety, które niewątpliwie predestynują mnie do tak zaszczytnego stanowiska. No i załączyłabym c.v., bez którego aplikacja jest – jak wiadomo – niepełna. Musiałabym tylko zataić w „cefałce” to i owo, żeby zwiększyć swoje szanse. Na koniec dodałabym skromnie, że w razie niemożności zajęcia stanowiska Osoby Siedzącej po Prawicy, Lewicą też nie pogardzę.
A potem... Potem musiałabym mój śliczny list wyrzucić do kosza. Bo przypomniałabym sobie, że Adresat bardziej ceni pokorę niż przedsiębiorczość. A poza tym – On i tak wie swoje.
Etykiety:
Bóg,
niebo,
pokora,
przedsiębiorczość,
raj,
zbawienie,
życie ziemskie
wtorek, 5 kwietnia 2011
Zakupy dla bezrobotnych, czyli pułapki product placement
Czym jest product placement, wie każdy, kto choć z daleka zetknął się z marketingiem. Tym, którzy się nie zetknęli (szczęśliwcy!), wyjaśniam, że to jeden z marketingowych trików, polegający na umieszczaniu danego produktu (np. jego logo) w jakimś środku przekazu - np. w filmie. Od zwykłej reklamy różni się jednak tym, że ma stwarzać pozory naturalności. Innymi słowy, mami odbiorcę i przemawia do jego podświadomości, zamiast uczciwie błysnąć w oczy tablicą "uwaga, reklama".
Przykład? Ot, James Bond przesiadający się niespodziewanie z astona martina do - dajmy na to - fiata 126 p. Zaszokowany widz, nie miałby pojęcia, że to reklama malucha, ale za to w jego podświadomości zakiełkowałoby przekonanie, że skoro jeździ nim 007, to znaczy, że bryka warta jest grzechu.
Ale product placement bywa zabiegiem niebezpiecznym. Zastosowany nietrafnie, może spowodować taki ciąg skojarzeń, że więcej z tego szkody, niż pożytku. Przekonałam się o tym niedawno, oglądając pewien polski serial. Jego bohaterkę właśnie porzucił mąż, a w dodatku wywalono ją z roboty. Kobieta desperacko szuka pracy, kołacze do wszystkich możliwych firm ze swojej branży, a ostatecznie ląduje "na zmywaku" w pewnej knajpie. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z bezrobotną rozwódką w średnim wieku, chwilowo - pomywaczką.
I tu właśnie wkraczają spece od marketingu ze swoim product placement. Nasza bezrobotna (podkreślam!) bohaterka, której zawartość portfela ogranicza się do dowodu osobistego, robi zakupy w sieci delikatesów Alma. Logo sieci kamera pokazuje nachalnie i wielokrotnie, włącznie z tym, że bohaterka niesie torbę z zakupami nie za uszy, ale w ramionach, eksponując rzeczone logo przez dobrych parę minut. A za plecami ma samochód dostawczy z wyraźnym logo strony www, na której można sobie zrobić zakupy w Almie - przez internet, rzecz jasna.
Niby fajny pomysł. Bohaterka sympatyczna (choć chwilowo nieszczęśliwa), więc Alma winna się skojarzyć ze sklepem dla miłych babek. Tyle tylko, że każdy, kto choć raz zrobił tam zakupy, wie, że aby tego dokonać, portfel trzeba mieć dobrze wypchany banknotami lub kartami kredytowymi (bez debetu na koncie). A bezrobotny nie przekroczy progu Almy, bo nie starczy mu nawet na zapałki. W rezultacie, w mojej podświadomości powstała irytacja, która szybko przedostała się do świadomości, alarmując, że autorzy tego marketingowego triku mają mnie za idiotkę. Z dwojga złego wolałabym już chyba kolejną durną reklamę w stylu "smukłonoga bizneswoman robi zakupy w Almie, co czyni ją nieskończenie szczęśliwą i spełnioną". Też kit, ale przynajmniej nikt nie udaje, że prawda.
Przykład? Ot, James Bond przesiadający się niespodziewanie z astona martina do - dajmy na to - fiata 126 p. Zaszokowany widz, nie miałby pojęcia, że to reklama malucha, ale za to w jego podświadomości zakiełkowałoby przekonanie, że skoro jeździ nim 007, to znaczy, że bryka warta jest grzechu.
Ale product placement bywa zabiegiem niebezpiecznym. Zastosowany nietrafnie, może spowodować taki ciąg skojarzeń, że więcej z tego szkody, niż pożytku. Przekonałam się o tym niedawno, oglądając pewien polski serial. Jego bohaterkę właśnie porzucił mąż, a w dodatku wywalono ją z roboty. Kobieta desperacko szuka pracy, kołacze do wszystkich możliwych firm ze swojej branży, a ostatecznie ląduje "na zmywaku" w pewnej knajpie. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z bezrobotną rozwódką w średnim wieku, chwilowo - pomywaczką.
I tu właśnie wkraczają spece od marketingu ze swoim product placement. Nasza bezrobotna (podkreślam!) bohaterka, której zawartość portfela ogranicza się do dowodu osobistego, robi zakupy w sieci delikatesów Alma. Logo sieci kamera pokazuje nachalnie i wielokrotnie, włącznie z tym, że bohaterka niesie torbę z zakupami nie za uszy, ale w ramionach, eksponując rzeczone logo przez dobrych parę minut. A za plecami ma samochód dostawczy z wyraźnym logo strony www, na której można sobie zrobić zakupy w Almie - przez internet, rzecz jasna.
Niby fajny pomysł. Bohaterka sympatyczna (choć chwilowo nieszczęśliwa), więc Alma winna się skojarzyć ze sklepem dla miłych babek. Tyle tylko, że każdy, kto choć raz zrobił tam zakupy, wie, że aby tego dokonać, portfel trzeba mieć dobrze wypchany banknotami lub kartami kredytowymi (bez debetu na koncie). A bezrobotny nie przekroczy progu Almy, bo nie starczy mu nawet na zapałki. W rezultacie, w mojej podświadomości powstała irytacja, która szybko przedostała się do świadomości, alarmując, że autorzy tego marketingowego triku mają mnie za idiotkę. Z dwojga złego wolałabym już chyba kolejną durną reklamę w stylu "smukłonoga bizneswoman robi zakupy w Almie, co czyni ją nieskończenie szczęśliwą i spełnioną". Też kit, ale przynajmniej nikt nie udaje, że prawda.
Etykiety:
Alma,
film,
marketing,
odbiór,
podświadomość,
product placement,
promocja,
reklama,
serial,
telewizja
wtorek, 22 marca 2011
Dwieście procent faceta w facecie
Być kobietą to strasznie trudne zajęcie, bo polega głównie na zadawaniu się z mężczyznami. Ta mądrość autorstwa Josepha Conrada towarzyszyła mi dziś, kiedy przedzierałam się warszawskimi ulicami, zmierzając do domu po długim i nerwowym dniu pracy. A kiedy już miałam skręcić w moją cichą uliczkę, w oczy rzucił mi się wielki, czarno-biały plakat z intrygującym mężczyzną w roli głównej. Twarz faceta była aż po oczy przesłonięta golfem, spojrzenie przeszywające. Obok wielki napis: Malemen, obowiązkowa lektura... Czy jakoś tak. Więcej nie przeczytałam, bo ruch uliczny poniósł mnie za zakręt.
Nie trzeba jednak być Einsteinem w spódnicy, żeby się domyślić, o co chodzi. Ani chybi o jakieś czasopismo. Pewnie adresowane do panów. W dodatku - jak sugeruje tytuł - do męskich panów, co najwidoczniej w dzisiejszych czasach oczywiste nie jest. Ponieważ jednak, choć lubię się domyślać, to jeszcze bardziej lubię wiedzieć, postanowiłam sprawdzić. Klik, klik, dwa ruchy myszą - i wszystko jasne.
Na ekranie komputera wyrasta mi wielka twarz otulona golfem. To - jak głosi opis - Andrzej Chyra (hm, nawet podobny...). Tuż obok inna twarz - ponad wszelką wątpliwość męska - redaktora naczelnego rzeczonego czasopisma, Oliviera Janiaka. Między nimi tytuł: MALEMEN. A poniżej zajawki, wstępniaki, reklamy. Grupa celowa - na pewno faceci. Ale nie tacy zwyczajni. Primo - jak sugeruje tytuł - muszą to być mężczyźni stu - co ja gadam! - dwustuprocentowi. Secundo - jak sugerują tytuły sekcji miesięcznika - muszą to być faceci przynajmniej częściowo anglojęzyczni. Co my tu mamy? Male Interview. Male Hero. Male Report. Jest nawet (ukłon w stronę pań) Woman we love. No i mój faworyt: The tata guide.
Dalej już nie sprawdzałam. Zastanowiło mnie jednak, "co autor miał na myśli". Jakie kryteria musi spełniać mężczyzna, by zasłużyć na miano "malemana"? A potem pomyślałam, że to dziecinnie proste. Malemanem jest ten, kto... kupuje Malemena. Nieźle to sobie pan Janiak wykombinował. Muszę koniecznie to coś zaprenumerować dla męża. Żeby nie było, że się nie mieści w grupie celowej. Nie, przepraszam, w targecie.
Nie trzeba jednak być Einsteinem w spódnicy, żeby się domyślić, o co chodzi. Ani chybi o jakieś czasopismo. Pewnie adresowane do panów. W dodatku - jak sugeruje tytuł - do męskich panów, co najwidoczniej w dzisiejszych czasach oczywiste nie jest. Ponieważ jednak, choć lubię się domyślać, to jeszcze bardziej lubię wiedzieć, postanowiłam sprawdzić. Klik, klik, dwa ruchy myszą - i wszystko jasne.
Na ekranie komputera wyrasta mi wielka twarz otulona golfem. To - jak głosi opis - Andrzej Chyra (hm, nawet podobny...). Tuż obok inna twarz - ponad wszelką wątpliwość męska - redaktora naczelnego rzeczonego czasopisma, Oliviera Janiaka. Między nimi tytuł: MALEMEN. A poniżej zajawki, wstępniaki, reklamy. Grupa celowa - na pewno faceci. Ale nie tacy zwyczajni. Primo - jak sugeruje tytuł - muszą to być mężczyźni stu - co ja gadam! - dwustuprocentowi. Secundo - jak sugerują tytuły sekcji miesięcznika - muszą to być faceci przynajmniej częściowo anglojęzyczni. Co my tu mamy? Male Interview. Male Hero. Male Report. Jest nawet (ukłon w stronę pań) Woman we love. No i mój faworyt: The tata guide.
Dalej już nie sprawdzałam. Zastanowiło mnie jednak, "co autor miał na myśli". Jakie kryteria musi spełniać mężczyzna, by zasłużyć na miano "malemana"? A potem pomyślałam, że to dziecinnie proste. Malemanem jest ten, kto... kupuje Malemena. Nieźle to sobie pan Janiak wykombinował. Muszę koniecznie to coś zaprenumerować dla męża. Żeby nie było, że się nie mieści w grupie celowej. Nie, przepraszam, w targecie.
Etykiety:
Andrzej Chyra,
czasopisma,
grupa celowa,
kobiety,
Malemen,
mężczyźni,
miesięcznik,
Olivier Janiak,
prasa
piątek, 18 marca 2011
No to wio!
W Warszawie zimno i mży, ale w Brukseli już kwitną forsycje i bazie. Ostatnio widziałam tam nawet obsypane różowym kwieciem drzewa. Tak, właśnie „kwieciem”. Nie „kwiatami”, bo to brzmi zbyt pospolicie i mało wiosennie. Za to „kwiecie” ma w sobie odpowiednią dawkę romantyzmu à la Ania z Zielonego Wzgórza. Fakt, że Warszawa to nie Bruksela i u nas żadne kwiecie jeszcze się nie objawiło. Objawiły się za to spódniczki mini warszawskich licealistek i szorty wciśnięte na rajstopy, które wprawdzie widywałam także w środku mroźnej zimy, ale teraz to już prawdziwy wysyp i znak, że wiosna tuż tuż.
A skoro już mowa o objawach wiosny w różnych europejskich stolicach, to przypomniałam sobie, że w ubiegłym tygodniu widziałam w Madrycie kasztanowce, których gałęzie mogły się pochwalić pokaźnych rozmiarów pąkami, a nawet całymi liśćmi. Pomyślałam sobie wtedy, że jak tak dalej pójdzie, madryckie kasztanowce zakwitną w połowie kwietnia i tamtejsi maturzyści będą mieli przechlapane.
Z kolei widząc w Brukseli te forsycje i bazie, doszłam do wniosku, że się ta belgijska wiosna ździebko pospieszyła, bo Wielkanoc w tym roku późno i nie ma bata – grubo ponad miesiąc im chyba te bazie nie pociągną. Co za tym idzie, brukselczykom grozi Niedziela Palmowa bez bazi, co może samo w sobie aż taką katastrofą nie jest, ale zawsze to szkoda. Tyle, że im to chyba wszystko jedno…
I tym oto sposobem dochodzimy do wniosku, że nasza nieco opieszała wiosna wie, co robi. Po co się spieszyć? Wszystko w swoim czasie. Bazie, kwitnące kasztany, wypełnianie PIT-ów… Ale może jednak trzeba ją troszkę pogonić? No... to wio!
A skoro już mowa o objawach wiosny w różnych europejskich stolicach, to przypomniałam sobie, że w ubiegłym tygodniu widziałam w Madrycie kasztanowce, których gałęzie mogły się pochwalić pokaźnych rozmiarów pąkami, a nawet całymi liśćmi. Pomyślałam sobie wtedy, że jak tak dalej pójdzie, madryckie kasztanowce zakwitną w połowie kwietnia i tamtejsi maturzyści będą mieli przechlapane.
Z kolei widząc w Brukseli te forsycje i bazie, doszłam do wniosku, że się ta belgijska wiosna ździebko pospieszyła, bo Wielkanoc w tym roku późno i nie ma bata – grubo ponad miesiąc im chyba te bazie nie pociągną. Co za tym idzie, brukselczykom grozi Niedziela Palmowa bez bazi, co może samo w sobie aż taką katastrofą nie jest, ale zawsze to szkoda. Tyle, że im to chyba wszystko jedno…
I tym oto sposobem dochodzimy do wniosku, że nasza nieco opieszała wiosna wie, co robi. Po co się spieszyć? Wszystko w swoim czasie. Bazie, kwitnące kasztany, wypełnianie PIT-ów… Ale może jednak trzeba ją troszkę pogonić? No... to wio!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
