Fakt, że życie współczesnego mieszkańca Zachodu toczy się w znakomitej części w Internecie, nikogo już chyba nie dziwi. Uczymy się przez Internet, pracujemy przez Internet, rozmawiamy przez Internet, kupujemy przez Internet, a niektórym to się nawet wydaje, że można się kochać przez Internet, czego rozwijać nie będę, bo to temat dla psychoanalityka.
Okazuje się jednak, że Internet może służyć także do przeżywania tak intymnej kwestii, jaką jest wielkopostny akt nawrócenia. Jadąc parę dni temu do pracy, usłyszałam w radio o pomyśle pewnego lubelskiego duszpasterza, który założył internetowy portal pod nazwą Bank Wielkopostny.
Zasady są proste jak konto w banku. Owieczka, która czuje potrzebę pokuty i nawrócenia, wchodzi na portal, zakłada rachunek, a potem to już tylko klika sobie w różne pomysłowe opcje, takie jak choćby kredyt miłości czy lokata kapitału, czyli dobrych postanowień. Deponuje w „banku” swoje dobre postanowienia i odbiera odsetki w postaci nie wiem już czego, bo radiowy news zbyt dokładnie tego nie wyjaśniał. Wyjaśniał natomiast ustami pomysłodawcy, skąd taka idea. Otóż ksiądz-założyciel Banku Wielkopostnego uznał, że dobrze jest przemawiać ludziom do wyobraźni, operując pojęciami im bliskimi, żeby zrozumieli, że ich nawrócenie przynosi korzyść nie tylko im, ale i innym. Proste?
Może i tak. Tyle, że dla mnie z lekka przerażające. Z tego wynikałoby bowiem, że człowiek niczego nie jest już w stanie zrozumieć i przeżyć, jeśli nie ubierze się tego w kategorie zysku i straty. Materialnej, finansowej. Pożyczki, kredyty, lokaty, odsetki, akcje – oto czym zaabsorbowany jest (zdaniem rzeczonego księdza) człowiek Zachodu. I tak też najwyraźniej pojmuje wiarę – jako rachunek przychodów i rozchodów. Inaczej mówiąc, nawet dążenie do zbawienia duszy, z natury rzeczy niematerialnej, człowiek musi sobie ułatwiać, wikłając tę duszę w czysto materialistyczną zabawę w bank. Brrr!
Pocieszam się tylko, że jednak większość duszyczek nie skorzysta z internetowego Banku Wielkopostnego, wybierając tradycyjne formy pokuty i nawrócenia i nie obliczając odsetek od wielkopostnego wyrzeczenia się papierosów czy słodyczy. Wątpię bowiem, czy Najwyższy zechce taką notę odsetkową od nas przyjąć.
sobota, 12 marca 2011
Zbawienie pewne jak w banku?
Etykiety:
Bank Wielkopostny,
nawrócenie,
pokuta,
post,
religia,
wiara,
Wielki Post,
wyrzeczenie
wtorek, 8 marca 2011
Postkarnawałowy post o poście
Pączki zjedzone, faworki już w biodrach, karnawałowe imprezki zaliczone. Przyszła pora na posypanie głowy popiołem i odpokutowanie – za przeszłe i przyszłe (przezorny zawsze ubezpieczony) grzechy i grzeszki. Jednym słowem post. Zwany wielkim – w odróżnieniu od tych małych, powszednich.
Spytajcie współczesnego gimnazjalistę: z czym ci się kojarzy post? Ten pewnie odpali bez namysłu: z netem! Niezorientowanym wyjaśniam: net to sieć, czyli Internet – globalna wioska, w której, jak w krzywym zwierciadle, odbija się cały nasz przeszły, przyszły i teraźniejszy świat. W tym świecie post to wypowiedź na internetowym forum, wiadomość użytkownika sieci (zwanego userem) dla tegoż świata.
Post – ten tradycyjny (niektórzy powiedzą: staroświecki), kojarzony z wyrzeczeniem się czegoś tam dla dobra duszy i ciała, jest w tym świecie już trochę passé. Dziś powstrzymywanie się od jedzenia ma sens tylko w celach dietetycznych i estetycznych. Bo grubasy też są passé, co może samo w sobie takie złe nie jest, tyle tylko że dziś à la mode są osobniki w rozmiarze 0. I żeby to 0 osiągnąć, dzisiejszy mieszkaniec Zachodu gotów jest się niemal zagłodzić i wyrzec różnych przyjemności. Ale żeby to samo, a nawet nieco mniej, zrobić po to, by dusza z rozmiaru XXS podrosła choćby do „eski” – to już niekoniecznie.
No bo powiedzmy sobie szczerze. Parę centymetrów mniej w biodrach zauważy każdy. Ale kto dostrzeże, że rozmiar naszej duszy się zwiększył? Kto nam powie „ale ci się pięknie dusza zaokrągliła”? No kto?
Spytajcie współczesnego gimnazjalistę: z czym ci się kojarzy post? Ten pewnie odpali bez namysłu: z netem! Niezorientowanym wyjaśniam: net to sieć, czyli Internet – globalna wioska, w której, jak w krzywym zwierciadle, odbija się cały nasz przeszły, przyszły i teraźniejszy świat. W tym świecie post to wypowiedź na internetowym forum, wiadomość użytkownika sieci (zwanego userem) dla tegoż świata.
Post – ten tradycyjny (niektórzy powiedzą: staroświecki), kojarzony z wyrzeczeniem się czegoś tam dla dobra duszy i ciała, jest w tym świecie już trochę passé. Dziś powstrzymywanie się od jedzenia ma sens tylko w celach dietetycznych i estetycznych. Bo grubasy też są passé, co może samo w sobie takie złe nie jest, tyle tylko że dziś à la mode są osobniki w rozmiarze 0. I żeby to 0 osiągnąć, dzisiejszy mieszkaniec Zachodu gotów jest się niemal zagłodzić i wyrzec różnych przyjemności. Ale żeby to samo, a nawet nieco mniej, zrobić po to, by dusza z rozmiaru XXS podrosła choćby do „eski” – to już niekoniecznie.
No bo powiedzmy sobie szczerze. Parę centymetrów mniej w biodrach zauważy każdy. Ale kto dostrzeże, że rozmiar naszej duszy się zwiększył? Kto nam powie „ale ci się pięknie dusza zaokrągliła”? No kto?
Etykiety:
ciało,
dusza,
karnawał,
pokuta,
post,
Wielki Post,
wyrzeczenia
sobota, 5 marca 2011
Proroctwa Jeana Raspaila
Jest rok 1973. Francuski pisarz, Jean Raspail, wydaje powieść Obóz świętych. Na jej kartach rozgrywa się coś w rodzaju apokalipsy. Setki tysięcy mieszkańców wycieńczonych głodem i chorobami Indii ruszają ku Europie, a konkretnie ku Francji. Tak zaczyna się konfrontacja cywilizacji i kultur. Konfrontacja, w której Europa nie ma szans...
Raspail, znany z kontrowersyjnych (zwłaszcza jak na francuskie standardy), rojalistyczno-katolickich poglądów, poważnie naraził się establiszmentowi. W swojej powieści ukazał Francję słabą, gnuśną, zaślepioną, w której słowo "wartość" oznacza głównie wartość materialną i mierzy się konsumpcją. Francję zupełnie nieprzygotowaną do stawienia czoła przybyszom z innego świata. Na książce nie zostawiono suchej nitki. Media okrzyknęły ją ksenofobiczną i pełną rasowych uprzedzeń.
Dziś, kiedy czytam prasowe doniesienia o fali imigrantów z Afryki północnej, którzy szturmem biorą włoskie wyspy i miasta, przypominają mi się Raspailowskie opisy statków i łodzi zmierzających ku portom Francji. I trudno nie zadać sobie pytania, czy zakończenie nie będzie takie jak w Obozie świętych. Europa nazbyt często zapomina, że świat nie kończy się na Morzu Śródziemnym czy Atlantyku. I nazbyt ochoczo podkopuje własne fundamenty, w imię wielokulturowości i źle pojmowanej tolerancji wyzbywając się systemu wartości i tradycji, które decydują o tożsamości i pozwalają stawiać czoło innym światom i cywilizacjom.
Wizja Raspaila może okazać się profetyczna i aż chce się powiedzieć: oby nie! Jeśli jednak założyć, że Raspail ma dar prorokowania, może nie będzie tak najgorzej. Na poprawę nastroju polecam powieść Sire czy Król zza morza, w których współczesna Francja odnajduje dawno zapomniane wartości w osobie młodego, szlachetnego króla. Francja monarchią z królem Dei gratia? A dlaczego nie? Cuda się zdarzają. Nawet w zeświecczonej Europie.
Raspail, znany z kontrowersyjnych (zwłaszcza jak na francuskie standardy), rojalistyczno-katolickich poglądów, poważnie naraził się establiszmentowi. W swojej powieści ukazał Francję słabą, gnuśną, zaślepioną, w której słowo "wartość" oznacza głównie wartość materialną i mierzy się konsumpcją. Francję zupełnie nieprzygotowaną do stawienia czoła przybyszom z innego świata. Na książce nie zostawiono suchej nitki. Media okrzyknęły ją ksenofobiczną i pełną rasowych uprzedzeń.
Dziś, kiedy czytam prasowe doniesienia o fali imigrantów z Afryki północnej, którzy szturmem biorą włoskie wyspy i miasta, przypominają mi się Raspailowskie opisy statków i łodzi zmierzających ku portom Francji. I trudno nie zadać sobie pytania, czy zakończenie nie będzie takie jak w Obozie świętych. Europa nazbyt często zapomina, że świat nie kończy się na Morzu Śródziemnym czy Atlantyku. I nazbyt ochoczo podkopuje własne fundamenty, w imię wielokulturowości i źle pojmowanej tolerancji wyzbywając się systemu wartości i tradycji, które decydują o tożsamości i pozwalają stawiać czoło innym światom i cywilizacjom.
Wizja Raspaila może okazać się profetyczna i aż chce się powiedzieć: oby nie! Jeśli jednak założyć, że Raspail ma dar prorokowania, może nie będzie tak najgorzej. Na poprawę nastroju polecam powieść Sire czy Król zza morza, w których współczesna Francja odnajduje dawno zapomniane wartości w osobie młodego, szlachetnego króla. Francja monarchią z królem Dei gratia? A dlaczego nie? Cuda się zdarzają. Nawet w zeświecczonej Europie.
Etykiety:
Afryka,
cywilizacja,
Egipt,
Europa,
imigracja,
Jean Raspail,
Król zza morza,
kryzys wartości,
kultura,
Libia,
Obóz świętych,
Sire,
tożsamość,
Tunezja
sobota, 26 lutego 2011
Kogut, wół i dziewczę z warkoczami, czyli western à la bracia Coen
Kiedy jakiś miesiąc temu zobaczyłam reklamówkę "Prawdziwego męstwa", pomyślałam, że to może być niezłe. Teraz, po obejrzeniu całości, stwierdzam z całą mocą: to jest świetne. Bracia Cohen po raz kolejny udowodnili, że wiedzą, jak zrobić dobry film, bawić się konwencją i balansować na granicy pastiszu.
A zadanie nie było łatwe. Nakręcić western w XXI wieku, kiedy "wszystko już było" - od arcypoważnych klasyków gatunku (z czarnym i białym kapeluszem w rolach głównych) po spaghetti westerny, to prawdziwa sztuka. A zrobić western z antybohaterami - to już prawdziwe mistrzostwo. Braciom Cohen to się udało.
Fabuła - teoretycznie westernowa do szpiku kości. Dziewczyna, gnana żądzą zemsty na zabójcy ojca, wynajmuje rewolwerowca i ściga bandziora po prerii aż do szczęśliwego (?) końca. Tyle, że - jak zwykle u braci Cohen - wszystko jest trochę nie tak. Główna bohaterka, niejaka Mattie (bardzo przekonująca Hailee Steinfeld) to jeszcze dziecko (lat 14), choć trzeba przyznać, nadzwyczaj rezolutne i - w gruncie rzeczy - pozbawione skrupułów i litości. Wynajęty przez nią rewolwerowiec (Jeff Bridges - rewelacja), noszący pseudo Rooster (kogut), to opój i niechluj, który najpierw strzela, a potem pyta o powód. Natomiast, przyłączający się do pościgu strażnik z Teksasu (znakomity Matt Damon), noszący nazwisko LaBoeuf (czyli wół), to niegrzeszący intelektem pyszałek, który uważa, że najlepszą metodą wychowawczą jest rózga. Nawet bandyci są jacyś tacy mało westernowi - żadni z nich twardziele, a przez ich czarne charaktery przebija zwykłe tchórzostwo, głupota, a czasem przebłysk racjonalności i całkiem ludzkie odruchy. Coenowskie jest także zakończenie - pozbawione lukru, wręcz wyraźnie gorzkie. Powiem tylko tyle, że bohaterowie nie odjeżdżają ku zachodzącemu słońcu, trzymając się za ręce, a Mattie nie wychodzi za mąż za strażnika z Teksasu.
Naprawdę, świetnie kino. Choć eksploatujące dawno znane i ograne wątki i schematy. Są pościgi, galopowanie po pustkowiu, przeprawy przez rzekę, strzelanie z biodra i z karabinu. Są nawet grzechotniki (jeśli ktoś, jak ja, cierpi na wężofobię, doradzam czujność pod koniec filmu - ja niemal schowałam się pod fotel). Niby wszystko jak kiedyś, a jednak inaczej. Od sarkastycznego tytułu poczynając. Bo jeśli tak wygląda prawdziwe męstwo, to ja dziękuję.
A zadanie nie było łatwe. Nakręcić western w XXI wieku, kiedy "wszystko już było" - od arcypoważnych klasyków gatunku (z czarnym i białym kapeluszem w rolach głównych) po spaghetti westerny, to prawdziwa sztuka. A zrobić western z antybohaterami - to już prawdziwe mistrzostwo. Braciom Cohen to się udało.
Fabuła - teoretycznie westernowa do szpiku kości. Dziewczyna, gnana żądzą zemsty na zabójcy ojca, wynajmuje rewolwerowca i ściga bandziora po prerii aż do szczęśliwego (?) końca. Tyle, że - jak zwykle u braci Cohen - wszystko jest trochę nie tak. Główna bohaterka, niejaka Mattie (bardzo przekonująca Hailee Steinfeld) to jeszcze dziecko (lat 14), choć trzeba przyznać, nadzwyczaj rezolutne i - w gruncie rzeczy - pozbawione skrupułów i litości. Wynajęty przez nią rewolwerowiec (Jeff Bridges - rewelacja), noszący pseudo Rooster (kogut), to opój i niechluj, który najpierw strzela, a potem pyta o powód. Natomiast, przyłączający się do pościgu strażnik z Teksasu (znakomity Matt Damon), noszący nazwisko LaBoeuf (czyli wół), to niegrzeszący intelektem pyszałek, który uważa, że najlepszą metodą wychowawczą jest rózga. Nawet bandyci są jacyś tacy mało westernowi - żadni z nich twardziele, a przez ich czarne charaktery przebija zwykłe tchórzostwo, głupota, a czasem przebłysk racjonalności i całkiem ludzkie odruchy. Coenowskie jest także zakończenie - pozbawione lukru, wręcz wyraźnie gorzkie. Powiem tylko tyle, że bohaterowie nie odjeżdżają ku zachodzącemu słońcu, trzymając się za ręce, a Mattie nie wychodzi za mąż za strażnika z Teksasu.
Naprawdę, świetnie kino. Choć eksploatujące dawno znane i ograne wątki i schematy. Są pościgi, galopowanie po pustkowiu, przeprawy przez rzekę, strzelanie z biodra i z karabinu. Są nawet grzechotniki (jeśli ktoś, jak ja, cierpi na wężofobię, doradzam czujność pod koniec filmu - ja niemal schowałam się pod fotel). Niby wszystko jak kiedyś, a jednak inaczej. Od sarkastycznego tytułu poczynając. Bo jeśli tak wygląda prawdziwe męstwo, to ja dziękuję.
Etykiety:
bracia Coen,
film,
Hailee Steinfeld,
Jeff Bridges,
kino,
LaBoeuf,
Matt Damon,
pastisz,
Prawdziwe męstwo,
Rooster,
western
środa, 9 lutego 2011
Niech mnie osoba nie denerwuje
Wprawdzie nie lubię latać samolotem, ale muszę przyznać, że podniebne podróże to ostatnio niemal jedyny czas, kiedy mogę spokojnie przeczytać gazetę. Choć z tym "spokojnie" to nieco przesadziłam. Prawda jest bowiem taka, że lektura prasy to zwykle doskonały sposób na to, by się zdenerwować. Albo przestraszyć.
Na przykład, we wczorajszej "Rzeczpospolitej" natknęłam się na artykuł, który najpierw mnie zdziwił, potem zdenerwował, a w końcu przestraszył. Tekst dotyczył sztokholmskiego przedszkola pod wdzięczną nazwą Egalia. Szwedzkiego wprawdzie nie znam, ale nietrudno się domyślić, że egalia ma coś wspólnego z równością. W tym wypadku - płci.
Rzeczone przedszkole stawia sobie za cel stworzenie - cytuję - "przeciwwagi dla segregowanego ze względu na płeć, konserwatywnego społeczeństwa". Dlatego uczęszczające tam dzieci nie mogą się do siebie zwracać w sposób sugerujący płeć kolegi czy koleżanki, ale per "kolego" lub... "osobo". Tak dyskryminujące słowa, jak dziewczynka czy chłopiec, są raz na zawsze wykreślone ze słownika. Lektury proponowane dzieciom unikają jak ognia piekielnego ukazania rodziców (w sensie: mamy i taty), z upodobaniem serwując za to "rodzinę" w składzie mama plus mama, tata plus tata, ewentualnie samotna mama lub samotny tata. Dzięki tej światłej metodzie, dzieci mają szansę pojąć, że utrzymywano je dotąd w niewiedzy co do właściwego modelu rodziny.
Panie wychowawczynie - o, przepraszam, osoby wychowujące dzieci - dbają o to, by ich podopieczni nie bawili się zabawkami typowymi dla płci, która jak wiadomo, nie istnieje i jest czystym wymysłem konserwatywnego społeczeństwa.
Jak już pisałam, nie znam szwedzkiego, więc nie wiem, na ile język ten pozwala uniknąć sugerowania płci. Domyślam się jednak, że trzeba naprawdę sporego wysiłku, by takie niepoprawne politycznie sformułowania z języka wyeliminować. "Niech osoba zje kaszkę!" - strofuje przedszkolaka osoba opiekująca się grupą maluchów. "Ta osoba mnie kopnęła!" - żali się kolega przedszkolak. I tak dalej.
Cóż, już bojownicy rewolucji francuskiej dowiedli, że równość wymaga poświęceń. Najlepiej zaś walczy się o nią, poświęcając czyjąś głowę. W tym wypadku poświęcono kupę zdrowego rozsądku i głowy Bogu ducha winnych dzieci, którym się w tych główkach zdrowo miesza.
Na przykład, we wczorajszej "Rzeczpospolitej" natknęłam się na artykuł, który najpierw mnie zdziwił, potem zdenerwował, a w końcu przestraszył. Tekst dotyczył sztokholmskiego przedszkola pod wdzięczną nazwą Egalia. Szwedzkiego wprawdzie nie znam, ale nietrudno się domyślić, że egalia ma coś wspólnego z równością. W tym wypadku - płci.
Rzeczone przedszkole stawia sobie za cel stworzenie - cytuję - "przeciwwagi dla segregowanego ze względu na płeć, konserwatywnego społeczeństwa". Dlatego uczęszczające tam dzieci nie mogą się do siebie zwracać w sposób sugerujący płeć kolegi czy koleżanki, ale per "kolego" lub... "osobo". Tak dyskryminujące słowa, jak dziewczynka czy chłopiec, są raz na zawsze wykreślone ze słownika. Lektury proponowane dzieciom unikają jak ognia piekielnego ukazania rodziców (w sensie: mamy i taty), z upodobaniem serwując za to "rodzinę" w składzie mama plus mama, tata plus tata, ewentualnie samotna mama lub samotny tata. Dzięki tej światłej metodzie, dzieci mają szansę pojąć, że utrzymywano je dotąd w niewiedzy co do właściwego modelu rodziny.
Panie wychowawczynie - o, przepraszam, osoby wychowujące dzieci - dbają o to, by ich podopieczni nie bawili się zabawkami typowymi dla płci, która jak wiadomo, nie istnieje i jest czystym wymysłem konserwatywnego społeczeństwa.
Jak już pisałam, nie znam szwedzkiego, więc nie wiem, na ile język ten pozwala uniknąć sugerowania płci. Domyślam się jednak, że trzeba naprawdę sporego wysiłku, by takie niepoprawne politycznie sformułowania z języka wyeliminować. "Niech osoba zje kaszkę!" - strofuje przedszkolaka osoba opiekująca się grupą maluchów. "Ta osoba mnie kopnęła!" - żali się kolega przedszkolak. I tak dalej.
Cóż, już bojownicy rewolucji francuskiej dowiedli, że równość wymaga poświęceń. Najlepiej zaś walczy się o nią, poświęcając czyjąś głowę. W tym wypadku poświęcono kupę zdrowego rozsądku i głowy Bogu ducha winnych dzieci, którym się w tych główkach zdrowo miesza.
Etykiety:
Egalia,
płeć,
przedszkole,
równość płci,
równouprawnienie,
Sztokholm,
Szwecja
wtorek, 1 lutego 2011
O królu, co się głoskom nie kłaniał
Uprzejmie donoszę, że znowu byłam w kinie. Tym razem wybrałam jednak coś lżejszego niż "Czarny łabędź", wychodząc z założenia, że jeden szok emocjonalny w miesiącu wystarczy. Skuszona entuzjastycznymi recenzjami, poszłam na "Jak zostać królem".
Powiem krótko: perełka. Z kilku powodów. Primo, fascynująca historia - pewien książę, który od dziecka jąka się straszliwie, nagle musi zostać królem, co jak wiadomo, wiąże się z ciągłymi występami publicznymi, zatem książę (a potem król) podejmuje heroiczną walkę z własnym językiem, w czym pomaga mu pewien ekscentryczny Australijczyk. Pikanterii dodaje fakt, że historia jest autentyczna, bo dotyczy nie kogo innego, jak króla Jerzego VI - ojca obecnie panującej w Zjednoczonym Królestwie Elżbiety II.
Secundo, świetny scenariusz, okraszony błyskotliwymi dialogami, które choć wywołują czasem serdeczny śmiech (który nigdy - co ważne - nie przechodzi w rechot), zawsze pozostawiają po sobie choć odrobinę refleksji. Tertio, doskonała gra aktorska, zwłaszcza dwójki głównych bohaterów - króla Jerzego (Colin Firth) i jego australijskiego logopedy, Lionela Logue'a (Goeffrey Rush). Wypada też wspomnieć o Helenie Bonham Carter (Elżbieta, żona Jerzego VI), którą widz z mety musi polubić, choćby tylko dlatego, że tak trafnie, a jednocześnie taktownie podsumowała panią Simpson.
Film bawi i wzrusza. Chwilami trzyma też w napięciu, bo proszę mi wierzyć, scena, gdy Jerzy VI musi wygłosić słynne "wojenne" orędzie do narodu, to lepsze od wielu dreszczowców. Uda mu się, czy nie uda? Oczywiście, widz trzyma kciuki, żeby się udało, bo Jerzy VI budzi wręcz instynktowną sympatię, za co zdejmuję kapelusz przed Colinem Firthem, którego Darcy był wprawdzie cudowny, ale daleko mu do Bertiego - księcia-jąkały, który został królem, choć wcale o tym nie marzył.
Powiem krótko: perełka. Z kilku powodów. Primo, fascynująca historia - pewien książę, który od dziecka jąka się straszliwie, nagle musi zostać królem, co jak wiadomo, wiąże się z ciągłymi występami publicznymi, zatem książę (a potem król) podejmuje heroiczną walkę z własnym językiem, w czym pomaga mu pewien ekscentryczny Australijczyk. Pikanterii dodaje fakt, że historia jest autentyczna, bo dotyczy nie kogo innego, jak króla Jerzego VI - ojca obecnie panującej w Zjednoczonym Królestwie Elżbiety II.
Secundo, świetny scenariusz, okraszony błyskotliwymi dialogami, które choć wywołują czasem serdeczny śmiech (który nigdy - co ważne - nie przechodzi w rechot), zawsze pozostawiają po sobie choć odrobinę refleksji. Tertio, doskonała gra aktorska, zwłaszcza dwójki głównych bohaterów - króla Jerzego (Colin Firth) i jego australijskiego logopedy, Lionela Logue'a (Goeffrey Rush). Wypada też wspomnieć o Helenie Bonham Carter (Elżbieta, żona Jerzego VI), którą widz z mety musi polubić, choćby tylko dlatego, że tak trafnie, a jednocześnie taktownie podsumowała panią Simpson.
Film bawi i wzrusza. Chwilami trzyma też w napięciu, bo proszę mi wierzyć, scena, gdy Jerzy VI musi wygłosić słynne "wojenne" orędzie do narodu, to lepsze od wielu dreszczowców. Uda mu się, czy nie uda? Oczywiście, widz trzyma kciuki, żeby się udało, bo Jerzy VI budzi wręcz instynktowną sympatię, za co zdejmuję kapelusz przed Colinem Firthem, którego Darcy był wprawdzie cudowny, ale daleko mu do Bertiego - księcia-jąkały, który został królem, choć wcale o tym nie marzył.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
